ale będzie jazda

łupu-cupu bęc
 
IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Götterdämmerung - sesja

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Admin
Admin


Posts : 114
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:17 pm

Remo od samego początku ostro popędzał konia, byleby tylko jak najszybciej spotkać się z resztą. Nie podobało mu się podróżowanie samemu po trakcie, zwłaszcza po całej aferze w karczmie. I bez tego trakt był wystarczająco niebezpieczny.

W końcu udało mu się zjechać z resztą na rozstaju dróg. A raczej zjechać z Fuchsem, bo szlachetka wysforował się do przodu. Przez pewien czas jechali w milczeniu, aż wreszcie Remo, nie odwracając głowy, powiedział w powietrze:
- Skrewiłem. Powinienem był skupić się na tym co mamy do zrobienia, a nie na losie jakichś złodziei i hien cmentarnych, co rabują majątki pomordowanych sąsiadów. - w jego głosie przebijał wyraźnie gorzki ton.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:18 pm

Kurt

Przywitał kupca krótkim spojrzeniem. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Ot, nic specjalnego, dobrze że wreszcie dołączył i to wszystko. Tamten również milczał. Każdy przeżywał ostatnie wydarzenia na swój sposób.

Wreszcie, w odpowiedni na słowa przymusowego kompana, skinął głową. Bardzo oszczędnie, ale i znacząco. Przynajmniej Remo nie ma do niego większego żalu. To brzmiało raczej jak przeprosiny i przyznanie racji. Miła odmiana po fochach niedojrzałego paniczyka.

- Wszyscy żeśmy skrewili. To się już nie może powtórzyć. I się nie powtórzy.

Starając się utrzymać równowagę, schylił się do sakwy przy siodle. Wbrew obawom Schörnera, wyjął tylko niewielką butelkę. Z wprawą ją otworzył i przytknął do wysuszonych warg. Kilka solidnych łyków sprawiło, że lepiej zaczęło się myśleć.

- Aaaa... dobre to... a wy, nie jesteście aby jakimś krewnym jednego jednego generała, hm? Ferdinand mu na imię. Znacie go? A grzyb. Macie, to naturalna magia, zbożowa, lepsza niż to sztuczne gówno od bretońców.

Podał butelkę jadącemu obok kupcowi.

- Potrzebuję wiedzieć wszystko o tych łachudrach z Wissendorfu. Ile tylko się da. Pokrótce ich się sprawdzi i będziemy mieli wolną drogę na południe. Tym razem trzeba wszystko załatwić po chwacku. Bez pierdołowatych pomysłów. No, a tera mówcie. Z kim będziemy mieli przyjemność?
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:18 pm

Podróżnicy opuścili zajazd w pośpiechu. Przybytek Kateriny wyludniał się bardzo szybko - nawet w czasach pokoju miejsce niejasnego morderstwa oraz węszenia straży najlepiej było omijać z daleka, a w tych niepewnych czasach ludzie woleli dmuchać na zimne - jedynie odsypiający nocne pijaństwo Diffring oraz jego wystraszona córka nie wystawili nosa z najętej izby - co wielce odpowiadało Remo, w którego sakwie podróżowała teraz część przewożonego przez szlachcica dobytku. Mało prawdopodobne było, by kiedykolwiek wyszło na jaw, kto naprawdę obrabował podróżny kufer, a do tego zarówno Kurt jak i Remo świetnie zdawali sobie sprawę, że niemal na pewno coś jeszcze z niego zniknie już po opuszczeniu przez nich gospody. Schörner sentencjonalnie skwitował to krótkim "bo pić, to trzeba umić".

Wywozili stamtąd wiele myśli, kłębiących się dziko w głowach, wiele niepewności, może nawet żalu. Część z nich postanowili nawet zrzucić z barków, wdając się w krótsze lub dłuższe rozmowy, i przyniosło to ulgę - kolejna przeżyta razem awantura, choć pewnie dzieliła ich bardzo, jeżeli chodzi o jej ocenę - paradoksalnie zbliżyła ich do siebie, pozwoliła poznać bliżej. Gotfryd, jako wysoko urodzony, jak zwykle był zdystansowany i dumny, Kurt - skryty i przez większość czasu milczący, ale Remo, nie bez zdumienia, pod tymi maskami zaczął dostrzegać więcej niż wcześniej; żal? niepewność? smutek? lęk? Z niepokojem - być może podsycanym Magią - zorientował się, że chyba trochę ich rozumie, a nawet podziela część z tych emocji, co znacznie zaburzało dotychczasową, dość jasną ocenę sytuacji, w jakiej się znajdował, zmieniało wydźwięk ról, które grali w tym przedstawieniu. Kiedy oprawca i prześladowca, podobnie jak ofiara, zyskuje cechy człowieczeństwa, wszystko staje się jeszcze trudniejsze, bo nawet niechęć, czy nienawiść przestają przynosić ulgę, dawać siłę do walki, zamiast tego stając się kolejnym brzemieniem. Kiedy Remo zaczęły dręczyć myśli w rodzaju "co ja zrobiłbym na ich miejscu?", zaniepokoił się już nie na żarty i twardo postanowił od tej chwili skupić się już zupełnie na celu misji... poza jednym wyjątkiem. Na jednym czy drugim postoju udało mu się dyskretnie wywiedzieć o nowiny z południa, a konkretnie te dotyczące Loningbruck i po odsianiu oczywistych bredni i bzdurnej propagandy udało mu się ustalić, że rzeczywiście słowa karczmarki mogły być prawdą. Loningbruck zostało zdobyte, ale nie zniszczone. Rottler oficjalnie proklamował przyłączenie baronii do Republiki, zaprzysiągł nowe władze, natomiast większość szlachetnie urodzonych, którzy wpadli w ręce wojsk buntowników miała zostać odesłana do Pfeildorfu, gdzie mieli pewnie czekać na wypłacenie okupu.

Kolejne dni mijały spokojnie, jeżeli nie liczyć kilku wojskowych rewizji (niezbyt dokładnych z uwagi na Gotfryda, który nie marnował żadnej okazji, żeby wyładować na kimś swoje frustracje, a nagabujący go na trakcie żołnierze świetnie się do tej roli nadawali) czy sporej ilości gońców, wojskowych i nie tylko wojskowych, przemierzających trakty we wszystkich kierunkach.

Wissenburg był coraz bliżej, ojczyste miasto Remo, skąd z rodzinnej biedy wyczołgał się, by dzięki pracy i determinacji stać się kimś. Przywoływało wspomnienia - te świeże, jak i całkiem już stare i zblaknięte, zawsze jednak niejednoznaczne, niosące ze sobą posmak trudnego i ciężkiego, ale także ciekawego życia.

- Przed wieczorem będziemy w mieście. Widzicie tam, o? Już widać w dali wieże Katedry. Czas coś postanowić, mogą być problemy, jeżeli plotki o tym, co się działo ze mną w Nuln zdążyły już tu dotrzeć. To prawdopodobne... strasznie szybkie są te plotki, Fuchs. Strasznie szybkie. Zamierzacie dać mi wolną rękę? - zagadał z głupia frant Remo do jadącego obok Kurta. Wyprzedzającego ich o parę kroków Gotfryda nieco to ubodło - ich "grzesznik" nie zadał sobie trudu, żeby choć udawać kto w istocie prowadzi tę niecodzienną eskapadę.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:19 pm

- Bo tak by było najlepiej. Wiecie, lepiej żeby mnie z *wami* przez jakiś czas nie widywano. - dodał, akcentując wyraźnie o którego z towarzyszy mu się rozchodzi. Fuchs jednak nie odpowiadał. Zmieszany nieco Remo podążył za wzrokiem szpiona, wbitym w coś przed nimi. Remo westchnął. Zrujnowany zajazd zdecydowanie przyciągał wzrok. Wypalone kikuty drewnianego wypełnienia zalegały wokół kilku ledwie osmalonych murowanych ścian. O pierwotnym przeznaczeniu budynku informował jedynie na wpół spalony szyld. Tuż obok odgałęzienia traktu prowadzącego na wzgórze, do niedawno jeszcze istniejących budynków stała szubienica. Wisiał na niej trup kogoś, kto za życia mógł być młodym chłopakiem. Choć dało się to raczej stwierdzić po ciele, a nie po twarzy która paskudnie zsiniała, a i ptaszyska wydziobały co smaczniejsze dla siebie kąski. Remo znudzonym spojrzeniem zmierzył wisielca z jego wywalonym ozorem i zaczął sylabizować napis, na przybitej do jego ciała desce. Paskudny charakter pisma mu tego nie ułatwiał.

-"K-Kurt Meller". O, to żeście sobie znaleźli imiennika. - mruknął Remo, z niewiadomych powodów widok trupa i spalonego budynku niezwykle go rozbawił-"Zbrodzień, podpalacz i zabójca". Anichybi to jego sprawka ten pożar. Kuzyn mi mówił o tym pożarze. Na szczęście obyło się bez ofiar. Dużo czasu minie zanim coś tu znowu postawią.

- Ściany się ostały, więc łatwo będzie odbudować. A miejsce dobre na zajazd.
- mruknął Fuchs.

- Dajcie spokój, mości Fuchs. Każdy wie, że w tym miejscu złe się zalęgło. Poparzcie na te ściany, widzicie jaka to robota? Tak nikt dzisiaj już nie muruje. To jeszcze z zamierzchłych czasów pochodzi, dziaduś mówili że chaośniki to postawili w czasach przed Imperatorem Magnusem. Potem zalęgł się tutaj jakiś czarnoksiężnik co demonom rozkazywał jak psom, a te go słuchały. Całej armii Łowców Czarownic i kapłanów trzeba było ponoć by go stad wygnać i przybytek mu spalić. Od tej pory kto się połakomił na to miejsce albo ginął śmiercią niechybną albo inne nieszczęście go spotykało. Dzieckiem będąc jeszcze pamiętam jak jeden piekarz się tutaj pobudował. Skończył we własnym piecu gdzie go jego żona z gachem, jego własnym czeladnikiem wsadzili. Zabójcy zawiśli, zaś budynek popadł w zniszczenie. Tato mi mówili, że za jego czasów jakiś kapłan Sigmara postawił tu świątynkę, licząc że moc Młotodzierżcy złe odpędzi.- gadał kupiec. A gadało mu się dobrze, bo zdołał co nieco wetrzeć w wargi przy ostatnim popasie- Pobył tu może z miesiąc po czym okazało się, że zadkami pięknych pacholąt zajmuje się równie gorliwie co służbą Bogu. Przenieśli go gdzieś w góry do klasztoru, tego co go potem spalili orkowie. Ba, jeszcze za moich czasów jeden szlachciura się połakomił na te ściany i postawił tu dwór. Skończyło się na tym, że jego syn okazał się być pederastą, córka mu uciekła z murzynem co go kiedyś sam szlachciura jako dziwo na targu w Nuln kupił, zaś żona powiła dziecko co miało łeb niczym u tej żaby. Biedny herbowy ze sromu przebił się własnym mieczem. To było jeszcze w czasach jakżem jeździł dla Averlandczyków i zaopatrzenie na ichnią wojnę woził. Teraz widać, że kolejny chciwiec się znalazł i zajazd sobie umyślał budować. Widać, że nie miejscowy. Każdy Wissenburczyk wiedziałby jak się kończy obcowanie z tym miejscem. A tak jakiś przedsiębiorczy przyjezdny, zresztą z tego com słyszał to Nulnijczyk, dostał ostro po dupie. Płakać z tego powodu nie będę. - podsumował kupiec, ocierając łzę która pociekła mu z czystej radości, takiej co może wynikać jedynie ze świadomości iż bliźniego spotkało jakieś nieszczęście.

Szpieg spojrzał na kupca zmęczonymi oczami i z wdziękiem splunął na ziemię. O wszystkim się dowiedział, psia mać, tylko nie o tym, co trzeba. W głosie słychać było zniecierpliwienie.

- I ten przyjezdny to jeden z tej zafajdanej trójeczki, tak?

Remo popatrzył na niego z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.

- Nie, a skądżeście to wykoncypowa... aaaa! Rozumiem, już przechodzę do rzeczy. Człowiek którego szukamy to Helmut Freiherr. Szuja, kanalia i drań jakich mało. I to nie tylko w interesach, bo coś takiego idzie człowiekowi wybaczyć, ale to osoba odpychająca również i w towarzystwie. Wygląd ma wieprza i takoż się zachowuje. Nie dziwię się, że go podejrzewacie bo niby cośtam działa w handlu ale każdy wie, że to nie jego prawdziwe źródło utrzymania. Helmut żyje z lichwy, handlu bronią i informacjami. Wielu trzyma w swej kieszeni. Dawno nie miałem z nim do czynienia, ale myślę że jak dacie mi trochę czasu to się wywiem co i jak odnośnie aktualnych spraw. A może i jakiś zarys planu się pojawi...
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:19 pm

Kamienne budynki Wissenburga tłoczyły się na wzgórzu jak kury na grzędzie. No, może wyglądały nieco bardziej okazale niż zwykłe nioski. Mimo, że obecnie był to ośrodek prowincjonalny i w zasadzie pozbawiony większego, politycznego znaczenia, robił wrażenie. To miasto mogłoby być równie dobrze centrum niemal każdej imperialnej metropolii. Widać było z oddali potęgę i bogactwo dawnego Wissenlandu.

Kupiec był wyraźnie podniecony. Podziałał na niego fakt zbliżania się do swojego rodzinnego miasta, albo znów skorzystał ze swojej sekretnej działki magicznego proszku. Najpewniej i to i to. Szpieg spokojnie wszystkiego wysłuchał, mimo uszy puścił uwagę o imieniu wspólnym z nieszczęsnym wisielcem.

Obok wędrowców przejechał właśnie brodaty śmieciarz z wózkiem pełnym złomu. Nie został zaszczycony nawet spojrzeniem, na co w odwecie zasmrodził okolicę swojskim fetorkiem.
Fuchs odczekał chwilę, zerkając to na Rema, to na piętrzące się w oddali mury. Niespodziewanie kichnął i smarknął, po chłopsku, w palce. Po chwili zadumy oszczędnie kiwnął głową.

- Dobra... macie wolną rękę co do tego Freiherra. To wasze miasto, poradzicie sobie. Powęszcie, popytajcie kogo tam trzeba. Sami chyba wiecie co robić, ta? Czego się dowiecie, donieście ze szczegółami, na bieżąco. Wiecie, pojmujecie?

Remo dał znak że wie i pojmuje.

- Ja dogonię paniczyka i będę go pilnował coby żadnej hucpy nie odstawił. Polećcie, no, z łaski swojej jakąś przytulną oberżę, dobrą jakąś, że mucha nie zapaskudzi. Tam sobie wymoszczę miejsce, operacyjne. Wy idzie gdzie indziej. Spotkamy się pod wieczór, w trzeciej knajpie, zanim na zegarze zabije dziewiąta. Najlepiej będzie, jak do tego czasu wszystko już się załatwi i będzie można iść dalej. Co się nie zdąży, jutro można dokończyć, ale to wszystko. No...

***

Z Godfrydem zrównał się dopiero tuż pod bramą. Bez słowa podjechał obok i w oczekiwaniu na polecenia wlepił wzrok w von Ammera. Arystokrata nie garnął się do rozmowy, ale Kurt chciałby znać jego cele i ostrożnie zagaił.

- Znam, Panie, dobrą oberżę, niedaleko stąd... tym razem nalegam na zajazd właśnie przeze mnie wskazany.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:20 pm

Wissenburg. Przejeżdżając przez miejską bramę, Gotfryd od razu poczuł odór miasta, coś co zawsze go odrzucało od wszelakich metropolii i nie pozwalało mu dłużej w nich gościć. Ogólnie rzecz ujmując, młody szlachcic nie przepadał za miejskim zgiełkiem. Wychowywany na odludziu, w pięknym, starym zamku, nigdy nie mógł przyzwyczaić się do przebywania w miastach. Zawsze starał się skracać swoje wizyty do niezbędnego minimum. Po prostu mury miejskie dusiły go.

Gotfryd słyszał wiele opowiastek o tym mieście, jednak najwyraźniej dużo się zmieniło od czasu, gdy było ono widziane oczyma jego babki. Opowiadała mu ona o wspaniałym, potężnym Wissenburgu, jednak teraz miasto w żadnym calu nie sprawiało takiego wrażenia. Straciło swój wielkomiejski charakter, stając się zaledwie prowincjonalnym miastem kupieckim. Jedynie architektura pozostała taką, o jakiej słyszał. Hrabia starał się przesadnie nie podziwiać miejskiej zabudowy, patrzyć się przed siebie obojętnym wzrokiem, jednakże parę razy nie mógł się powstrzymać. Piękne, ozdobne kamienice, wielkie, strzeliste świątynie robiły ogromne wrażenie, pokazywały czym naprawdę było kiedyś miasto Wissenburg i jaką krzywdzącą przemianę przeszło.

Z zadumy wyrwał szlachcica Kurt, który zrównawszy się z nim wypowiedział swoją kwestie. Mimo, że ciągle był nań zły, Gotfryd nie miał wyboru, acz posłuchać go. Fundusze hrabiego skurczyły się ostatnimi czasy znacząco, toteż miał on nadzieję wynająć pokój w taniej gospodzie.

Skinął jedynie przytakująco głową na znak, że się zgadza i podążył za Kurtem.

Remo jechał wyraźnie za nimi i szlachcic nawet nie zauważył kiedy zboczył z głównej drogi.

Mam nadzieję, że chociaż tym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem. - pomyślał szlachcic i popędził konia, aby zrównać się z Kurtem.

- Gdy już zajmiemy pokój w gospodzie, chciałbym odwiedzić świątynie. Myślę, że po tym co się ostatnimi dniami działo, bogowie zasługują na wyjaśnienia.

***

Zakwaterowanie znaleźli w raczej biednej dzielnicy. Gospoda, która z zewnątrz robiła raczej słabe wrażenie, w środku okazywała się być całkiem przyzwoitym, zadbanym przybytkiem. Gospodarz z szerokim uśmiechem na twarzy podał tamtejszy przysmak, gulasz jagnięcy, dorzucając za darmo dzban wina "dla jaśnie pana". Gdy już najedli się do syta, dostali klucze do swojego pokoju (Kurt dla oszczędności wolał wynająć jeden pokój, a Gotfryd udając, że nie słyszy nie oponował). Po chwili byli gotowi, aby wyruszyć do miasta.

***

Szlachcic chciał odwiedzić świątynie Sigmara, toteż spytał pierwszego napotkanego mężczyznę o jej położenie. Ten nie mówiąc nic, wskazał palcem. Gotfryd odruchowo sięgnął do kieszeni, aby odpłacić za pomoc paroma szylingami, jednak gdy jego palce spotkały się z mieszkiem bardzo niewielkich rozmiarów zalegającym na dnie jego pantalonów, szlachcic szybko zrezygnował i jedynie skinął głową. Ruszyli w kierunku wskazanym przez mężczyznę, lecz tym razem to Gotfryd jechał na przedzie.

Po paru chwilach ich oczom ukazała się budowla bardziej przypominająca fortecę, aniżeli świątynie. Zbudowana była z białego, ciosanego kamienia, co tworzyło jej surowy i ciężki, ale przy tym monumentalny charakter. Fasadę budynku flankowały dwie wieże tej samej wysokości. Podchodząc do potężnej, drewnianej bramy, minęli nagabywacza, snującego opowieści o potędze Sigmara i namawiającego do datków na rzecz tegoż bóstwa. Należytym dla jego stanu byłoby oddanie jakiegoś datku, jednak zważywszy na okoliczności, Gotfryd ponownie musiał udać, że jego słuch szwankuje.

Gdy weszli do środka ich oczom ukazało się trójnawowe wnętrze świątyni, oświetlone głównie przez liczne świece, gdyż światło zapewniane przez triforia było niewystarczające. Wnętrze świątyni był raczej przeciwieństwem tego, z czym spotykało się na zewnątrz. Ciągle widać było żołnierską nutę, przewagę użyteczności nad sztuką, jednakże liczne obrazy, przedstawiające sceny batalistyczne, czy rzeźby ukazujące Młotodzierżce w zwycięskich pozach, robiły na oglądającym ogromne wrażenie.

Szlachcic usiadł w jednej z ław i rozpoczął modlitwę.

- Sigmar mym młotem, przed złem mnie uchroni. Sigmar mym przewodnikiem, drogę do celu mi wskaże. Sigmar mym światłem, przez ciemność przejść mi dopomoże.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:20 pm

- Zostaw paniczyka w "Ulicach Miasta". To w okolicy Rynku Głównego, tam gdzie się krzyżują cztery trakty idące od czterech bram. Nie sposób nie trafić. A gospoda słynna, z tradycją, historią i czego tam jeszcze jego wielmożność sobie zażyczy. Spotkamy się zaś nie w gospodzie, ale w mojej faktorii. Tam będziemy mogli bezpiecznie pogadać.


***

Remo jechał przez swoje rodzinne miasto, wciągając głęboko w płuca znajomy zapach. I nie przeszkadzało mu, że śmierdzi, bo smród ten kojarzył mu się od zawsze z domem. To z tego gówna się wygrzebał by dojść do pieniędzy i zaszczytów, a jako że zawsze był człowiekiem uczuciowym to mu sentyment pozostał. No i był w tym element pewnej osobistej satysfakcji. W końcu lepiej żeby młyn papierniczy czy browar śmierdziały tutaj niż w Nuln. Dzięki temu to jego ziomkowie mają prace, a wszystkim nulwom wraz z tą ich hrabiną pozostaje tylko się wściekać i zazdrościć.

Kupiec nie wjeżdżał daleko do miasta. Wprawdzie zarówno jego kamienica jak i ta w której mieściła się faktoria stały w Starym Mieście, to jednak skierował się na place załadunkowe. To przy magazynach spodziewał się spotkać osobę, której szukał. I nie pomylił się. Znajomy głos, a raczej wyrzucane przez jego właściciela obelgi, słychać było na odległośc strzelenia z dobrego łuku.

- O ty chuju nieoskrobany! Tak się, kurwa Twoja przez psy jebana mać, ładuje towar? Nie potrafię zliczyć ile razy Ci chamie mówiłem, żebyś nie kładł jednej na drugą! Jego miłość, daj mu Sigmar długie a najlepiej wieczne życie, burgmeister Meller drogo zapłacili za to żeby nic się nie pogniotło i potłukło! Więc czemu to tak tumanie ładujesz!? Co tak wbijasz we mnie te wielkie ślepia?! Zatkało Cię? Srać Ci się chce? To się, kurważ Twoja mać wysraj. Zanim więcej takich posranych pomysłów dostaniesz. To cenny materiał jest. Jak choć odrobinę go uszkodzisz to sprzedam Ciebie, Twoją tę całą młodą żonę, Twoją matkę i całe Twoje zasrane rodzeństwo w niewolę na południe żeby was jakichś tłusty arab ruchał. A i tak to pewnie nie pokryje strat...

Młody wozak wyglądał jakby się miał zaraz popłakać. Ale nie zdawało się to robić wrażenia na grubym, bogato odzianym jegomościu który nie przestawał wyrzucać z siebie coraz to nowych obelg. Twarz grubasa, gdyby nie zwracać uwagi na tłuszcz, zdradzała pewne podobieństwo do twarzy Schörnera.

- Ostaw chłopaka, Matias. - powiedział głośno Remo, uśmiechając się od ucha do ucha- Przy tym całym tłuszczu jeszcze cholera gotowa Cię trafić i tyle Cię będzie.

Grubas odwrócił się niczym kot, zadziwiając zwinnością przy swojej tuszy i bez słowa rzucił się na Rema, zamykając go w uścisku niedźwiedzich łap. Dopiero kilka uderzeń pięścią w plecy przekonało go do puszczenia kupca.

- Śmierdzisz. A i z wyglądu coraz bardziej wieprza zaczynasz przypominać. Jak ty sobie z Helgą radzisz? Zgnieciesz w końcu biedaczkę w łożnicy.-skomplementował Remo swego kuzyna-

- Remo, rany jak ja się cieszę, że Cię widzę. A Helga będzie wniebowzięta. Bo wiesz, przyszły tutaj plotki i to bardzo niewesołe. Ludzie gadali, że... A zresztą, nieważne. Ważneś, żeś cały i zdrów. Co Cię tu sprowadza, na stare śmieci?
- remo zignorował pytanie i skinął na do połowy załadowany wóz.

- Co wieziemy dla Burgmeistera?

- A szalenie precyzyjne i kosztowne instrumenta, ściągnięte z krasnoludzkiej twierdzy hen na wschód. Nazwy Ci nie podam, bo wiesz jakie one są. Język na nich idzie połamać.

- Co to za instrumenta?

- A rurki ze szkła i miedzi. Burgmeister z rajcą Apfelstrudelem umyśleli sobie arcynowoczesną i wielką gorzelnię stawiać. Myślałem, że może i my powinniśmy w to wejść.

- Niegłupie. Najbliższa cesarska gorzelnia w Kemperbad, a i zboża zawsze u nas było pod dostatkiem. Z tym, że ta cholerna wojna może pożreć zapasy ze spichrzów. No, ale ostatecznie możemy sprowadzić je z Bretonii, urodzaj ostatnio mieli. A wojsku zawsze będzie potrzebna gorzałka. Masz moją zgodę, ale nie szalej z wkładem. Muszę przyznać, że łeb, choć tłusty, to masz ciągle na karku.

- Ha, ha ha. Ty tak ze mnie dworujesz i zmieniasz temat, a może byś powiedział, po co przybywasz?

- Freiherr ma się dobrze?

- Jak na szczura i gada oślizłego którym jest, kwitnąco.

- Świetnie. Umów mnie z nim na spotkanie. Chcę zjeść jutro wieczerzę i omówić pewien interes. Wyasygnuj mi też kwit bankowy na pół setki koron.

- Ale Remo, to szuja jest.
- Matias wyraźnie się zaniepokoił- Albert zawsze był przeciw robieniu z nim interesów.

- Nie zapominaj z kim rozmawiasz.
- warknął kupiec- Alberta tutaj, kurwa, nie ma. I nie chcesz wiedzieć gdzie jest. Więc zawrzyj paszczę i rób co mówię. A skoro już podniosłeś temat mojego brata, to pozwól, że będę kontynuował. Gustaw. Gdzie ta kanalia?! - dobry humor opuścił Rema w jednej chwili. Teraz, czerwony na twarzy, niemal krzyczał przy każdym słowie opluwając kamizelkę swego rozmówcy.

- Nie wiem...

- Jak to, kurwa, nie wiesz? Jednego ojca macie. Masz się dowiedzieć. Chcę wiedzieć gdzie gada znajdę. Zajrzyj w każdy zapluty kąt i sprawdź czy się tam nie czai. Porusz każdy głaz i sprawdź czy pod niego nie wpełzł. Masz czas do jutrzejszego wieczora, do mojej wieczerzy z Freiherrem. W razie czego wiesz gdzie mnie znaleźć.


Remo odwrócił się na pięcie i ruszył do domu, wkurwiony niczym stary baron Klaus po odkryciu, że jego młodszy syn posuwał mu najświeższą żonkę. Ofiarą gniewu padł jakiś przypadkowy kundel, który zapałętał się kupcowi pod nogami i dostał kopa po żebrach.

Matias Schörner odprowadził swojego kuzyna zasępionym spojrzeniem. Nie do końca wiedział co się stało. Remo przecież zawsze był taki opanowany.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:21 pm

Remo Schörner

Spoiler:
 

- Prosto z Morza Szponów, żryj, Schörner, co kurwa, chciałeś gadać, a tera się krzywisz? Specjał! - Freiherr beknął głośno, rozłupując kolejną ostrygę. Był taki, jak go Remo zapamiętał - gruby, chamski i obleśny. To, co się zmieniło, to poziom życia. Cholerny knur ustawić się zdołał ponad wszelkie Rema wyobrażenie - ubrany był jak bez mała hrabia, co przy jego wyglądzie i manierach robiło wrażenie piorunujące nie mniej, niż gdyby wieprza ubrać w białą suknię balową.
Spotkanie miało miejsce za Bramą Sądową, od Starego Miasta, w wiekowym budynku należącej niegdyś do Sióstr Shalyi jadłodajni, a teraz odnowionej gospody dla bogaczy - jak się okazało, jednej z licznych nowych własności jego rozmówcy.
- Dobrze cie widzieć, brachu, hehehe, dobrze cie widzieć. Pare osób pytało o ciebie, to mówiłem że już po starym Remo, a tu prosze - szast, prast i Schörner znów się jak piskorz wywinoł. Popsułeś mi reputacje, hahahaha! No! Gadaj, jak sie urwałeś hrabinowym siepaczom, a? A chuj, zresztą nie, nie gadaj, tajemnica interesów jakaś, hehehe, obowiązuje.
- Schörner to nie kundel, żeby go byle hycle łapały, Freiherr.
- Taaaa... cała ta wasza familija taka sama, jak te kurwa, karaluchy, pierdolnąć jednego, trzy inne zza obrazu wylizą, bez obrazy, znaczy się, Remo... No, co nie żresz? Nie smakuje?

Niestety w temacie Gustawa Matias był bezsilny - po zamieszkach, w wyniku których spłonął miejscowy areszt, tamten zniknął jak kamfora, jego podmiejski dom już wcześniej zapieczętowała straż. Choćby nie wiadomo jak się zżymać - nic tu nie dało się zrobić. Matias uważał, że lepiej nie węszyć i czekać aż uciekinier skontaktuje się sam, dyskretnie. Argumentował, że raz: oficjalnie trzeba udawać, że żadnych więzi rodzina z nim nie ma, jako ze zdrajcą i odszczepieńcem i wypytywanie o niego nie jest najmądrzejsze, dwa: że mogliby tylko naprowadzić na jego trop ewentualnych śledczych, bo ciężko przypuszczać, żeby najbliższa rodzina nie było przez kogoś obserwowana.

Lepiej poszło ze starym lichwiarzem. Remo zdziwiony był faktem, że Freiherr - jak się okazało doskonale, jak każdy szczur bez sumienia, radzący sobie w tych niepewnych czasach - tak błyskawicznie zgodził się na spotkanie z nim, zaprosił go nawet jeszcze tej samej nocy. Ze słów wypowiadanych w czasie wystawnego posiłku, którym go ugościł we własnym lokalu, z wyrazu świńskich ślepi, wreszcie z własnej kupieckiej intuicji, Schörner błyskawicznie wyciągnął wnioski - Freiherr czegoś od niego chciał, bardzo. I zdaje się pilnie. Nie trzeba było długo czekać, żeby okazało się, czego.

- Masz coś konkretnego na myśli, Freiherr? Z tym karaluchem?
- Ano, kurwa, mam, bez obrazy, nie? Z kuzynem twoim mam do zamienienia słówko. Ten wasz Matias sie wypioł, obkurwieniec, ale myśle se, że my sie dogadamy jakoś, nie? Z Gustawem musze pogadać. Szybko. - prosięce oczy wwiercały się w Remo, lśniąc jak dwa czarne paciorki. Nalana gęba rozciągnięta była w uśmiechu, ale bruzda na czole nieomylnie wskazywała napięcie.
"No to jest nas dwóch" pomyślał Remo, ale wprawiony w negocjacjach, nie rzekł nic, taksując rozmówcę spojrzeniem, bardziej z pozoru zainteresowany pucharem z mocnym, bretońskim winem, niż omawianą kwestią.
- Chce, żeby wiedział, ze to nie ja go sypnołem. Słyszysz, Schörner, kurwa mać? Nie ja. Nie to, żebym miał jakieś sumienie, czy inne takie przesądy, tymi co się z południową hołotą kumają słusznie się drzewa przystraja, ale niech mnie chuj strzeli, jeśli z nim akurat miałem coś wspólnego, jasne? Jasne?

Schörner słuchał coraz bardziej zdziwiony, odnotowując istotny szczegół - w sali jadalnej, w której bawili, znajdowało się kilku zbrojnych i zdecydowanie za często zerkali oni w stronę alkierza, żeby ich kamuflaż zwykłych gości mógł utrzymać się dłużej.

Freiherr się bał, bał się strasznie, bał się tak bardzo, że Remo aż odłożył nóż, którym dłubał od dłuższego czasu w talerzu. Głupio by było, gdyby ktoś źle zinterpretował któreś bezwiedne machnięcie. Z niepokojem zauważył, że spocone dłonie drżą mu zdecydowanie bardziej, niż by sobie tego życzył.

- Nooooo... jasne, Freiherr, jasne... Muszę, wiesz, pomyśleć, ale pewnie się dogadamy, tak. Jedna rzecz...
- No? Właśnie, gadaj z czym ty przychodzisz, bo przecie nie tylko po to, żeby sie przywitać ze starym kumplem, nie? Nie wiem, kurwa, czemu, ale jak psiekrwie różne do mnie przyłażą, to nigdy nie po to, żeby z sympatii kielicha jebnąć. No? - rzekł z naciskiem, jednocześnie klepiąc któregoś z usługującym im chłopców w pośladek. Remo wysiłkiem woli opanował grymas, zachowując kamienną twarz - stary wieprz musiał być już naprawdę mocno ustawiony, skoro nawet nie fatygował się, żeby jakoś szczególnie kryć swoje zboczone skłonności, o których od dawna krążyły plotki.

A jednak... a jednak kogoś się bał i wyglądało na to, że tym kimś był Gustaw.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:21 pm

"Ty go sprzedałeś, skurwysynu". Remo był naprawdę bliski wykrzyczenia tych słów prosto w tę nalaną mordę i splunięcia w te świńskie oczy. Sam był zdziwiony tym nagłym gniewem, który go ogarnął. W końcu nigdy nie był blisko z Gustawem. Ale mimo wszystko to rodzina. A nikt nie sprzedaje Schörnera bezpiece. A przynajmniej nie robi tego bezkarnie.

Kupiec był przekonany o winie grubasa. Możliwość wycięcia konkurencji w handlu bronią i brak jakiegokolwiek szacunku do familii Rema to tylko poszlaki. Ale strach przed zemstą Gustawa to drugie. Skoro Freiherr boi się chłopaka, to znaczy że dał mu powód do zemsty. Miglanc może i zawsze był zbyt niezależny i narwany, ale nie uderzyłby gdyby nie był pewien.

Schörner spojrzał prosto w oczy swego rozmówcy. Nie opuszczał wzroku, ale Helmut odpowiedział hardym spojrzeniem. Nie uciekał ślepiami na bok, więc pod tym słabym ciałem i krzykliwym przyodziewkiem cały czas czaił się ten sam stary skurwysyn co zawsze. A teraz, przestraszony, będzie jeszcze bardziej niebezpieczny. Niczym ten szczur w potrzasku.

- Masz rację, że nie wpadłem tylko po to by wychylić kielicha. Rzadko jestem w Wissen i nie mogę sobie pozwolić na częste odwiedziny u przyjaciół.-- gruby kupiec nie skomentował tego "przyjaciela" - I właśnie z interesem do Ciebie przychodzę. I prośbą o przysługę. Możesz dużo zarobić, a przede wszystkim będę Ci osobiście wdzięczny.

- No od tego właśnie przyjaciele są, nie? Żeby jeden drugiemu dopomógł, z gówna za uszy wyciągnął, a drugi pierszemu nie poskąpił okazji do zarobku. Bo inaczej by się zachował jak ten ostatni obkurwieniec.


Remo zamilkł na chwilę i sięgnął po szklanicę z winem. Dłoń mu lekko drżała, choć robił wszystko by nie zdradzić po sobie niepokoju. Przydałoby się odświeżyć nieco umysł, w końcu minęło nieco czasu. Ale jakże tak, tutaj w karczmie? Weź się w garść Remo!

- Wiesz co, Freiherr. Potraktuj sprawę za niebyłą. -powiedział Remo, wstając gwałtownie od stołu- Spróbuję załatwić Ci rozmowę z Gustawem, dzięki za wiecze... - zanim zdołał dokończyć łapa kupca zacisnęła mu się na przedramieniu. Jak na osobę w tak żałosnym stanie cielesnym uchwyt miał zadziwiająco silny.

- Nie wiem czego się, kurwa, Schörner boicie, ale widzem że to jakaś grubsza sprawa jest, nie? Twoja tajemnica będzie u mnie bezpieczna, milczeć będę niczym ten nieboszczyk co go zeszłej nocy wyciągnęli z Wissen. - Remo niechętnie opadł z powrotem na krzesło.

- Będę walił prosto z mostu, Freiherr. Sprawa jest śliska i niełatwa. Ale słyszałem, że możesz mi pomóc. Słyszałeś o wzięciu Loningbruck?

- Kto nie słyszał, swołocz pieprzona wycięła wszystkich do nogi i spaliła miasto. A szkoda, nie? Znajomek mój miał tam ochronkę dla młodych...

- Albo rżniesz głupa albo Wasze źródła nie są tak dobre jak myślałem.
-przerwał mu zimno Remo- Wiem co mówi propaganda, ale wiem też że bydło od Rottlera wzięło herbowych i ich rodziny w okup. Potrzebuję kogoś dyskretnie wykupić.

- Ejże, a wasze dojścia na południu?

- Spalone.
- odpowiedział krótko Remo

- Gryfy..? - zadał pytanie Freiherr, choć dobrze znał odpowiedź.

- ..niechże świnie posuwają żony tych pieprzonych nulnijczyków, bo pies to dla nich za wysoka szarża.[/i] - odpowiedział gorzko kupiec.

- I u nas dają się we znaki, obkurwieńce. Pierwszą rzeczą jaką zrobili po wylaniu się tego gówna na południu to próba utopienia w nim nas, uczciwych Wissenburgczyków, nie? - wyrzucił z siebie grubas, całkowicie ignorując fakt swego averlandzkiego pochodzenia, często wypominanego na spotkaniach rajców miejskich.- To o kogo chodzi?

Remo wyciągnął z kieszeni kawałek pergaminu z zapisanymi informacjami, po czym przesunął go po blacie do swego rozmówcy.

- Będę naprawdę wdzięczny, gdyby udało Ci się to załatwić. Jestem skłonny odstąpić Kontrakt Oldenhallera. Jeżeli to za mało to podaj cenę. Tylko nie przeginaj.

Grubas podniósł kartkę i uważnie ją przestudiował. Na jego twarzy pojawił się na chwilę pogardliwy uśmieszek, szybko zamaskowany przez wybuch rubasznego śmiechu.

- Ona? Nie wiem, mości Schörner czyście po prostu sentymentalni, czy zwyczajnie chcecie sobie popieprzyć, ale powiem wam jedno. Jak człowiek zaprząta sobie łeb gównianymi sentymentami, to może wpaść przez to w całe pieprzone szambo. Jak się panna wam podoba to ją po prostu wydupczcie. Choć z drugiej strony nadmiar żądzy, nawet największego jebakę, może doprowadzić do upadku, nie?- zapytał, klepiąc po tyłku jednego z usługujących chłopców.

- Przejdź do konkretów, Freiherr. Możesz ja wyciągnąć, czy nie?
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:22 pm

Kurt Fuchs i Gotfryd von Ammer

Wnętrze świątyni, na przekór nasuwającym się natrętnie skojarzeniom z wojskowymi koszarami, pachniało intensywnie kadzidłem. Kilkunastu pogrążonych w modlitwach wiernych trwało w ciszy; być może w czasach pokoju, poza odbywającymi się regularnie nabożeństwami, świątynia nie była odwiedzana zbyt często, teraz jednak, wraz ze wzmagającymi się wszędzie w kraju niepokojami, wielu przypominało sobie o bogach i należnej im czci, wielu szukało tu nadziei - bądź ukojenia. Sigmar, bóg patronujący Imperium, patrzył na nich oczami stojącej za ołtarzem statuy, dwukrotnie przewyższającej dorosłego mężczyznę, spoglądał z przedstawiających batalistyczne sceny płócien, słuchał próśb swoich wyznawców, udzielał im rady i błogosławieństwa.

Albo i nie.

Sam akt modlitwy przynosił ulgę młodemu von Ammerowi, pozwalał spojrzeć na przeszłe wydarzenia trzeźwo, z jasnym umysłem. Wszelkie wątpliwości blakły, stawały się nieważne, dostojny spokój świątyni wsączał się w duszę, dając ukojenie. Jakże wspaniale by było, gdyby takiego spokoju można było zaznać tam, na zewnątrz, pośród najgorszych ludzkich czynów, pośród pogardy, chaosu, chciwości, kłamstw i mordów! Zupełnie nagle bowiem młody von Ammer zdał sobie sprawę, że tak właśnie, dokładnie tak widzi świat, w którym żyje na co dzień; jako kloakę wypełnioną najgorszym plugastwem, przez którą brnąć trzeba każdego dnia, wysoko podnosząc głowę i udając, że nie czuje się smrodu. Prawie nic nie zostało, co przedstawiałoby jeszcze jakąś wartość, to co dobre i piękne – stracone, odeszło. Poza Nią.

Mimowolnie odwrócił głowę, aby spojrzeć na stojącego nieco z tyłu, w cieniu, Kurta. Szpieg stał zapatrzony w przestrzeń, z twarzą jak zwykle pozbawioną wyrazu. Gotfrydowi przeszło przez myśl, że chyba właśnie ujrzał świat takim, jakim musi od dawna widzieć go ten wysłannik Wielebnego. Jak wiele kryło się za tymi pustymi z pozoru oczami? Ile kroków trzeba jeszcze uczynić, żeby znaleźć się w tym samym punkcie, do którego dotarł w swoim życiu starszy mężczyzna? Ile – poza urodzeniem – tak naprawdę ich jeszcze dzieliło?
- Nie zabijałem bezbronnych...Nigdy! – szepnął z mocą Gotfryd. Odpowiedziała mu tylko milcząca powaga świątyni, oraz własna wyobraźnia, która w usta taksującego wiernych marmurowymi oczami Młotodzierżcy włożyła obojętną odpowiedź:
- Jeszcze.

Kurt
Spoiler:
 

***

Modły Gotfryda trwały dostatecznie długo, aby świątynia wypełniła się tłumem wiernych, zakończyły się też przygotowania do wieczornego nabożeństwa. Celebrował je starszy mężczyzna w stroju bitewnego kapłana, w napierśniku, stalowym kołnierzu i diademie, z Codex Sigmari oraz bojowym młotem, wyglądający bardziej na polowego kapelana, odprawiającego mszę przed walną bitwą, niż zwykłego, miejskiego proboszcza.

Młodzieńca z głębokiej zadumy wyrwały dopiero słowa kazania i narastający szmer, pomruki tłumu, który zaczął nagle kłębić się wszędzie wokoło. Widać było, że ludzie bardzo różnie reagują na to, co dzieje się w świątyni. Kurt błyskawicznie oceniał nastroje – w części zgromadzonych narastał święty, fanatyczny, gniew, pełne nienawiści słowa kapłana padały na podatny grunt. Ale byli też tacy, być może nie dość zaślepieni, a być może nie dość wierzący, którzy rozglądali się niepewnie, ze strachem, jakby przeczuwając, że szykuje się tu coś bardzo złego. Spięty Fuchs dostrzegł dwie czy trzy sylwetki, które nie pasowały do żadnej z tych grup, stojący w kilku punktach świątyni mężczyźni w różnym wieku i strojach sugerujących różne statusy społeczne. Łączyło ich jedno – spokój i uważne, taksujące wszystko wokół, chłodne spojrzenia. Zastanowił się, czy nie wygląda w tej chwili dokładnie tak samo, odruchowo przywdziewając na twarz maskę gniewu i wygrażając pięścią do wtóru płomiennego kazania, podobnie jak niektórzy z otaczających go mieszczan.

- Albowiem powiedziane jest, że zdrajca musi spotkać się z oczyszczającym płomieniem, a nasz pan Sigmar ostrzegł nas – grzmiał stary kapłan, podnosząc nad głowę stary Codex, ogromny, brzdękający kłódką i łańcuchem manuskrypt, pokryty rdzawymi plamami i sfatygowany. – Pan nasz ostrzegł nas, że nadejdą czasy, kiedy wiara upadnie w ludziach, kiedy zamiast godności, zamiast walki, wybiorą gnuśne lenistwo, kiedy będą litować się nad zbrodniarzami!!! Napisane jest, że karą za zdradę, za zbrodnie jest śmierć. Śmierć! A ten, kto lituje się nad zbrodniarzem, winien spłonąć wraz z nim!!! Nie tylko zbrodnie wobec ludzi czyni, ale wobec bogów odstępstwo, jest więc heretykiem i grzeszy podwójnie!!

- Bracia! Odeszliśmy od wiary! Grzeszymy! Trzeba nam przebudzić się, zmyć te grzechy, nie wolno pozwolić sobie na odpoczynek. Zbrodniarz, zdrajca, bez względu na to, co nim powoduje, zawsze będzie obrazą dla bogów, zawsze godzien będzie śmierci. A ten, kto do śmierci go powiedzie, zostanie błogosławiony. Tylko tak możemy uratować nasz świat. Nie ma miejsca na litość. Na przebaczenie, które jest dowodem braku wiary, dowodem słabości!!!


Niektórzy ze zgromadzonych zaczęli krzyczeć, wyrażając swój gniew, zakrzykując strach, okazując jak bardzo trafiają im do przekonania słowa kapłana.

- Kiedy w grę wchodzi dochowanie wiary, żadne metody nie są złe, nie mogą być godne nagany. Bowiem tylko wypełnianie woli bogów może usprawiedliwiać każdy czyn. Jedyna zbrodnia to sprzeciw wobec woli naszych panów! Krew zdrajców, ich ból, ich śmierć w płomieniach zawsze jest i będzie miła bogom, a każdy kto się do niej przyczyni zyska sobie ich przychylność. Zbrodnia i zdrada zaś – są we krwi. Ci, którzy przychodzili do mnie, słali posłańców z prośbami o litość dla zbrodniarzy i ich rodzin, które też zostały skalane przez grzech – oni też okazali się słabi, być może nawet ta słabość poprowadzi ich do zdrady! To ludzie, którzy żyją między wami, decydują o waszym życiu – i kumają się ze zbrodniarzami, proszą o litość dla nich!!! Dobrzy ludzie – nie możecie pozwolić na to, aby pluto w twarz bogom. Napisane jest bowiem, że karą za zbrodnie jest śmierć, a zbrodnia syna, męża, ojca czy brata spada na wszystkich, którzy się go w obliczu bogów nie wyrzekną! Nie ma niewinnych w plugawym rodzie zbrodniarza!

- Śmierć!
- Stos! Stos!
- Niech zbrodniarze zdychają! Zdrajcyyyy!


Służba świątynna otworzyła już wszystkie wrota świątyni, na dziedzińcu przed budynkiem przygotowano cztery stosy. Pijana gniewem tłuszcza wylała się na zewnątrz, tylko dwie dziesiątki strażników świątyni z halabardami jakoś trzymało to wszystko jeszcze w ryzach.

Gotfryd i Kurt stali już razem, nieopodal otwartych na oścież odrzwi, kiedy pod silną strażą wyprowadzono gdzieś z głębi świątyni czwórkę więźniów. Kurt z niepokojem obserwował reakcję von Ammera, kiedy młodzieniec zobaczył skazańców. Główną nawą prowadzono, a właściwie wleczono, starego mężczyznę, dwoje dzieci i kobietę, wszyscy mieli na sobie podarte łachmany i mrużyli oczy przed światłem zachodzącego już słońca. Kurt błyskawicznie rozpoznał na nich ślady okrutnych tortur, starzec miał wyłupione oko, a jego dłonie nie przypominały już ludzkich kończyn. Ogolona do gołej skóry kobieta nie była w stanie stać, po gołych nogach spływała świeża krew, przecinając się z rdzawymi zaciekami, będącymi pamiątkami po wcześniejszych męczarniach; nawet dzieci wyglądały, jakby poddano je inkwizycyjnemu przesłuchaniu.

Kurt zaczął rozglądać się gorączkowo, wypatrywać kogoś w tłumie. Niespokojne i nietypowe zachowanie towarzyszącego mu szpiega nie uszło uwagi von Ammera, który zdawał się dopiero dochodzić do siebie po eksplozji nienawiści, w jaką przemieniła się pełna dostojeństwa świątynia, którą wybrał na miejsce modłów. Wzrok młodego szlachcica wędrował niespokojnie po tłumie, sylwetkach ciągniętych na stos więźniów, wciąż podburzającym mieszczan starym kapłanie w bojowym rynsztunku, strażnikach, wreszcie – patrzącej na wszystko z zacienionego wnętrza marmurowej statuy Młotodzierżcy.

Jakimś cudem w ogólnym rozgardiaszu, gdzieś obok usłyszeli szept:
- Powiedziane jest: zemsta zatoczy krąg i wróci do tych, którzy nie są jej celem, aby stać się zarzewiem kolejnej zbrodni i kolejnej kary. Ci, którzy zwą się sprawiedliwymi, pokalają zemstę, bo zdradzili i ją, i swoją sprawiedliwość. Panie, sprowadź swoje przekleństwo na tych, którzy wymierzają płomień w niewinnych.

Zgarbiony starzec w burym, noszącym ślady wielu lat wędrówek po gościńcach płaszczu i czarnym, wystrzępionym kapeluszu, osobliwie kontrastującym z białymi jak śnieg, przerzedzonymi włosami, ściskał w krogulczej dłoni wiszący na szyi stalowy amulet w kształcie płomienia, wpatrując się w przygotowane stosy. Jego zimne oczy na moment skrzyżowały się z oczami Kurta i szpieg poczuł ciarki na plecach, jednak już po chwili tajemniczy mężczyzna niczym głodny sęp wpił spojrzenie w postać miotającego się przy stosach kapłana, który wrzeszczał coraz głośniej, doprowadzając do wrzenia tłuszczę, która wciąż zbierała się na świątynnym dziedzińcu, głodna przedstawienia, które zgasić będzie mogło ich lęki, nakarmić skrywaną żądzę krwi.

Remo

- Noż kurwa mać, ja pierdole, człowieku! – Freiherr zatrząsł podbródkami, waląc ni z tego ni z owego w stół, po czym nachylił się w stronę Remo, zionąc nieświeżym oddechem i ściszając głos – Kurwa. Nie chcę mieć nic wspólnego z południową hołotom, kumasz? Za to się płaci gardłem, kurwa, ja jestem uczciwy poddany, jasne? Jasne, kurwa?

Remo patrzył, z pozoru niewzruszony, chociaż coraz bardziej nabierał przekonania, że to odżegnywanie się Freiherra od współpracy z rebelią nie jest tak do końca grane.

- Słuchaj no, Schörner. Zobaczę, co da się zrobić. Kurwa, dobrze, naraże dupe i kontakty dla tej twojej dziewki. Ale najpierw ty coś dla mnie zrobisz, to co rzekłem. Jeszcze dziś może być okazja.
- Okazja?
- Twój kuzynek, no kurważ jego mać, bez obrazy! Toż on dziś gdzies w mieście musi wypłynonć!
- Bo...? – brew Remo uniosła się w szczerym zdumieniu.
- No, kurwa, bo palić mają zara te jego rodzine, za to że spierdolił i gardła nie podał za zdradę, i jeszcze kleche starego poturbowali jego kompani zbóje, co ty, kurwa, nie wiesz?? Jebany von Marburg o herezyje tedy bliską rodzine oskarżył, na kościelne jakieś prawa sie powołuje i te, no precydense. Rajce, burmistrz, kasztelan Helmunda nawet krzywo na to patrzo, ale von Marburg pono u samego liktora ma posłuch. Spali ich dzisiaj, jak nic.

Dużo już czasu minęło, kiedy twarz Remo przybrała równie bladą barwę. Ledwie zdołał wykrztusić:
- Kiedy...? G-gdzie?
- Jako zara chyba. Niedaleko zresztą nawet, na dziedzińcu świątyni. O, kurwa. Zapomniałżem, żeś ty dopiero co przyjechał...
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:22 pm

- Tak chce pan nasz Sigmar, chce karać tych, którzy na karę zasłużyli! Napisane w księdze zostało, że złodziejstwo karą najsroższą trzeba zwalczać. Śmierć! - słowo to mężczyzna niemalże wykrzyczał- Na Sigmara, powiadam wam ludzie, nie można pobłażać zbrodniarzom! Jedynie ci, którzy idą drogą wskazaną przez pana dostąpią wiecznej łaski! A pan kazał, kazał nam tępić, zwalczać w zarodku takowe postępowanie. Ten, kto raz zgrzeszył przeciw panu, zrobi to i drugi raz, trzeci raz, będzie powtarzał bez końca. Grzesznicy nie mogą czuć się bezkarnie! Zbrodniarze muszą wiedzieć, że za zbrodnią idzie kara. Ich nie można nauczać, bo czy chwasty próbujemy zmieniać w piękne kwiaty? Nie, od razu usuwamy je, plewimy, wyrzucamy jako nic nie warte, niszczące nasz ogród. A czy mamy litość nad młodymi roślinami? Nie, bo wiemy, że staną się takimi samymi chwastami jak te, co ich zrodziły!

Przerwał na chwilę pozwalając wykrzyczeć się tłumowi.

-Śmierć! Śmierć!
-Wyrżnąć!
-Wyplewić!
-Zarżnąć ich!
-Ukatrupić!


Ludność zebrana na rynku w Pfeildorfie przekrzykiwała się, w co wymyślniejszych przekleństwach opisując śmierć oskarżonych. Lecząc własne kompleksy, wyrażając swój gniew, zaspokajając jakąś chorą chuć.

Młody Gotfryd stał obok i w przerażeniu ciągnął ojca za połę płaszcza. Ojciec nie reagował, w spokoju, z poważnym grymasem na twarzy obserwując całą sytuacje.

Kapłan podszedł do centralnego punktu rynku, na którym na trzech palach była powieszona za ręce rodzina: ojciec, żona i mały, może pięcioletni synek. Na twarzach rodziców widać było przerażenie, strach, bardziej o siebie nawzajem niż o własne dobro. Na twarz dziecka bardziej niż strach malowało się zdziwienie, był zbyt młody, żeby to wszystko zrozumieć.

- To oni są tymi chwastami, żerującymi na naszej pracy. Ale nie więcej, nie dłużej! Już przez niko…
- Panie, panie! Litości! Ja to z głodu, ja się starał, robotę żem stracił, dzieciak nie miał, co do gęby włożyć, ja nigdy bym nie…
- Zamilcz! Skończ to żałosne przedstawienie! Grzech jest jak choroba, niezniszczona w zarodku, roznosi się po całym ciele! Ukradłeś raz, ukradniesz i drugi! Nie mogę na ciebie patrzeć. Brzydzisz mnie!


Gotfryd ciągle bezskutecznie starał się zwrócić uwagę ojca.

- Jedynie wiara pozwoli nam zwalczyć te ohydne żądze. Tylko wiara w Młotodzierżce przezwycięży zło. Powiadam wam, ten, kto walczy w jego imieniu, zgodnie z jego słowem, na wieczną łaskę jest skazany! Takim postępowaniem- tu zwrócił się w stronę oskarżonych- wystąpiliście przeciwko bogu i tym samym skazuje was, w imię Sigmara, na śmierć.

Podszedł najpierw do mężczyzny, który starał się odwrócić głowę, jednak przez to, że był skrępowany nie za dużo mógł zrobić. Strużka moczu spłynęła po jego nodze. Kapłan poderżnął mu gardło. Następnie zrobił krok w stronę kobiety, która ostatkami sił krzyknęła:

- Zlituj się, oszczędź chłopca! Błagam!

Poderżnął jej gardło.

Następnie podszedł do chłopca, który wiedząc, co się dzieje, krzyczał, miotał się i kwiczał przeraźliwie.
Z tym samym obojętnym wyrazem twarzy kapłan złapał go za głowę, przechylił ją do tyłu i przeciął mu tętnice. Krew powoli spływała, po ubraniu chłopca, mieszając się na kamiennej płycie rynku z krwią rodziców i spływając ostatecznie, niczym ściek, do kanału.

Młody Von Ammer oglądał to wszystko i gdy w końcu zwrócił uwagę ojca, zapytał:

-Dlaczego?

***

Gotfryd słuchał w skupieniu słów kapłana. Co chwila wynajdował przekłamania w stosunku do tego, czego był nauczony. Nie w takiego Sigmara wierzył. Sigmar, o jakim on słyszał, rzeczywiście skazuje zdrajców na śmierć, ale ich rodziny? Nie. On był władcą sprawiedliwym, roztropnym panem, nie rządnym krwi niewinnych, niczym Khaine, mordercą. Nie zgodziłby się na mord na rodzinie, która niczym nie zawiniła.

W tym momencie zostali wprowadzeni skazani, co rozwiało wszelkie wątpliwości Gotfryda. Starszy mężczyzna z wyłupionym okiem, wymęczona, ogolona, zhańbiona kobieta i dwoje dzieci, wszyscy noszący ślady tortur i bestialskiego traktowania. Poubierani w strzępy ubrań, umazani w zaschniętej, cuchnącej posoce, stali się teraz jedynie cieniem ludzi, którymi byli wcześniej. Szlachcic nie wiedział, czym zawinił ich pobratymiec, wiedział jedynie, że oni na pewno na takowe traktowanie nie zasłużyli. Teraz to wiedział, nie musiał pytać.

W razie gdyby sprawy zaszły za daleko, poluźnił miecz w pochwie i zaczął brutalnie przepychać się przez tłum. Nie spojrzał nawet na Fuchsa, który z pewnością nie poparłby jego zachowania, ale w końcu to Von Ammer był przywódzca, mimo, że powinien, to nie musiał liczyć się ze zdaniem agenta. Gdy w końcu dostał się na plac, po drodze popychając i wywracając kilka osób podszedł do niego strażnik.

- Ani się waż psie!- krzyknął Gotfryd, a strażnik momentalnie odstąpił.

Gotfryd ruszył do stosów, wyciągnął nóż i uwolnił przerażonych skazańców.

- Kto dał ci prawo do mordowania niewinnych!?- krzyknął Von Ammer

Zaskoczony obrotem spraw tłum zamilknął oczekując na ripostę kapłana.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:23 pm

Remo zamarł, przez dłuższą chwilę nie potrafił w żaden sposób zareagować. Po prostu siedział jak skamieniały wpatrując się we Fraiherra z rozszerzonymi z przerażenia oczami. Przez jego myśli przewijały się dziesiątki pytań i możliwych sytuacji. Dlaczego Mattias nic mu nie powiedział? Jak bardzo może to skomplikować sytuację? Co zrobi Gustaw, znany przecie z gorącej głowy. Ale przed to wszystko wysuwała się jedna, nie dająca spokoju myśl. "Palą mi rodzinę? Ale... Jak to?"

Kupiec nie potrafił przyjąć tego do świadomości. Bezpośredni zamach na członków Familii, nawet w wykonaniu jakiegoś jebniętego inkwizytora zdawał się być niemożliwy. Ale rzeczywistość stała tuż obok w osobie tłustego Freiherra, wielka i wyzywająca zmuszała Schörnera do tego by ją uznał, mimo iż ten starał się jak mógł by ją wyprzeć gdzieś poza umysł. Ale nie dało się. Pozostało jedynie się obudzić.

Kupiec gwałtownie zerwał się z miejsca, przewracając krzesło na którym siedział i potrącając chłopaka niosącego jakieś nowe potrawy Freiherrowi. Po czym bez słowa rzucił się pędem w kierunku wyjścia.

***

Tłum zdawał się być większy niż zazwyczaj. Trudniej było się przeciskać pomiędzy ludźmi, nie zahaczając o kogoś. Jakby na złość ulica zamieniła się w jakiś złośliwy organizm, nie pozwalający kupcowi na szybkie dostanie się na niedaleki plac. W końcu, nie wyhamowawszy w porę Remo wyrżnął prosto w jakiegoś śmierdzącego cebulą rzemieślnika i przewrócil się na bruk. Ludzie zaczęli pokazywać go sobie palcami, a widok stanowił iście dziwny. Czerwona twarz, błyszczace oczy, urywany oddech.

- Szaleju się nażarł! Ludzie, odstąpcie się od niego! Anichybi wściekły! - wrzasnęła jakaś kobiecina, zaś Remo nie czekał na dalszą reakcję tłumu. Zerwał się z ziemi i puścił się w długą, obrywając w przelocie z buta od jakiegoś mieszczanina o szybszym refleksie.

***

Wpadł na plac akurat w momencie wprowadzania jeńców. Zamarł nie wiedząc co zrobić. Widok krewnych, nawet dalszych ale ciągle połączonych rodzinnymi więzami, w takim miejscu i stanie wstrząsnął nim do głębi. Czy ród upadł ostatnio tak nisko, ze byle klecha może podnieść rękę na Schörnera?

- Kurważjegomać. - wrzasnął i zaczął się przebijać przez tłum gapiów, nie myśląc nawet nad tym co zrobi jak mu się już uda dostać w pobliże krewniaków. Jego licha postura i mizerna siła bynajmniej mu tego nie ułatwiały. Zamiast przepchać się dalej, dostał łokciem w twarz od jednego z wiernych, niezbyt chętnego na ustąpienie całkiem niezłego miejsca widokowego na egzekucji.

- Znaj swoje miejsce, bucu. I nie pchaj się. - warknął ów człek, zaś Remo z poziomu podłogi zaczął się rozglądać za jakąś inną drogą do skazanych. I mimo nieco pomieszanych zmysłów szybko rzucił mu się w oczy stojący niedaleko Fuchs.

I nagle wszystko stało się proste. Sam klecha, nawet taki jak Marburg nie porwał by się na znaczną rodzinę bez upoważnienia ze strony Gryfów. Którzy pewnie zaaranżowali wszystko, żeby wyciągnąć Gustawa z ukrycia. Byli gotowi nawet poświęcić do tego życie małych dzieci. A Fuchs to wszystko nadzorował.

- Ty skurwysynu!! - wrzasnąl Remo zrywając się z ziemi i jednym potężnym susem doskakując do szpiega. Po czym z całą mocą swojego pędu wyrżnął mu w pierś z bańki.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:23 pm

Pieprzona inkwizycja. Makabryczne cyrki i cuda dla ciemnej ciżby bez rozumu. Tak, ten zmaltretowany staruszek na pewno jest zdrajcą. Kobieta i dwójka dziatek również. Same szpiegi i chaosyty na dokładkę. Kretyńska banda, ciury zawszone, szpiega to by nie poznali. Nawet, gdyby narobił im na buty. A najbardziej to szkoda tych dzieciaków. Ale co zrobić, rozkazy są inne. Chciałoby się im pomóc, bo jest Anna. Prawie w takim samym wieku. Ale przecież nie można. Właśnie z jej powodu.

Szpieg obserwował.

Pewnikiem, w pobliżu znajdowało się najmniej z pół tuzina ludzi Biblioteki. Drugie tyle najemnych zbirów. Klecha miał paść martwy. Że też von Ammer wybrał sobie na modły akurat tą świątynię. Z całego, pieprzonego, miasta świątyń.

Gdzieś z tyłu, tajemniczy, białowłosy jegomość z kosturem szeptał w pustą przestrzeń słowa przesiąknięte zemstą. Kurt odwrócił się w jego stronę. Oczy, które dostrzegł, były lodowato zimne, z nienawiścią wpatrywały się w sigmaryckiego kaznodzieję. Zdawały się ignorować całą resztę. Wyglądał na jakiego czaromiota, lub kapłana. Charakteryzowała go niesamowita desperacja. On miałby być narzędziem pomsty w rękach Gryfów? Niebezpiecznie było stać w pobliżu.

Hrabiątko, czując najwyraźniej misję od Najwyższego, wyforsowało do przodu. Kurważ, jego mać, gdzie go ciągnie? Życie mu niemiłe? Kurt dał parę kroków w przód, ostrożnie, nie zwracając na siebie większej uwagi. Przy odrobinie szczęścia, dałoby się złapać tego postrzeleńca za ramię i zawrócić.

W pewnym momencie, Fuchs przystanął. Tuż obok ktoś kogoś odepchnął, ktoś poleciał na ziemię.
Niektórym szczęściarzom podobne przeczucie ratowało życie.

Atmosfera była gęsta, siekierę można było w powietrzu zawiesić. Lada moment rzucą się na tego kretyna z pięściami, pałkami i kamieniami. Parę razy w tłumie mignęły mnisze kaptury. Czuć było krew i pogardę, zaraz miała zacząć się rzeź. W powietrzu wisiało niebezpieczeństwo. Szaleniec, gdzieś z tyłu, lada moment miał zaatakować.

- Ty skurwysynu!!

Uderzenie przyszło znienacka, podobne było do ataku rozwścieczonego byka. Niskiego, czerwonego na gębie, łysiejącego, ale za to oszalałego w gniewie. Fuchs kątem oka wyłapał zbliżający się ludzki pocisk i tylko prowizorycznie zdołał zastawić pierś przedramieniem. Ale nie pomogło to wiele, a i tak impet zrobił swoje. Z płuc wyleciało niemal całe powietrze. Fuchsa momentalnie zatkało. Zachwiał się, nie upadł na ziemię, tylko dlatego, że plecami uderzył w oparcie drewnianej ławy. Napastnik postępował, dało się rozpoznać jego twarz. Wykrzywioną potworną nienawiścią, ale chyba nadal ludzką.

… ki demon, Shörner?!

Szpieg odbił się plecami od drewnianej przeszkody, błyskawicznym odruchem uderzył prawym łokciem tam, gdzie miała być głowa napastnika. Chyba trafił. Ale Kupiec nie był sobą, atakował jak żądny krwi khornita, jak dzikie zwierze w klatce, jak niedźwiedzica, broniąca młodych. Z uderzenia, które zgasiłoby niejednego chojraka, absolutnie nic sobie nie robił. Jakby nie czuł bólu. Kolejne ciosy spadały na Kurta, mimo prób blokowania. Kontra nasadą dłoni, wymierzona w brodę, zupełnie minęła się z celem. Przeszywający ból, promieniujący od środka twarzy, świadczył o rozwalonym nosie. Próbując odskoczyć, zachwiał się, jeszcze bardziej odsłonił się. Tym razem prawa strona głowy zapulsowała tępym bólem. U uchu zapiszczało.

Ponoć największe sukinsyny z wywiadu, noszą na butach wysuwane ostrza. Fuchs nie był aż tak radykalny, nosek obuwia miał wzmocniony odrobiną stali. Funkcje ochronne i zaczepne.

W tej chwili jego twarz zaczęła zalewać żywa krew. Z każdą chwilą coraz mniej dało się widzieć. Krótki kopniak, zadany był właściwie na ślepo. Twarda przeszkoda i niesamowity jęk, świadczyły o tym, że tym razem trafił. Goleń mógłby być nawet złamany. Zanim Fuchs miał okazję złożyć się do następnego uderzenia, Remo, wyjąc jak zarzynane zwierze, rzucił się na niego całym ciężarem. Szpiegowi mignęła gdzieś pod strużkami krwi stal sztyletu. Samemu, ryzykując właściwie już wtedy wszystko, sięgnął po swój.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:23 pm

Zaskoczenie spowodowane bezkompromisowym i niespodziewanym zachowaniem młodego szlachcica trwało wystarczająco długo, żeby zdążył wyjść na środek i przeciąć sznury przywiązanych do ustawionych pionowo pali więźniów. Ci strażnicy świątynni, którzy w ogóle zorientowali się w sytuacji, musieli w pierwszej chwili być zbyt zdumieni, żeby zareagować w jakikolwiek sposób. Swoje zrobić musiała postawa Gotfryda von Ammer, którego wysokiego statusu społecznego nie sposób było po prostu nie odczuć - zarówno wnioskując po pewnym i nie znoszącym sprzeciwu zachowaniu, jak wspaniałym rynsztunku, niedostępnym dla zwykłych zjadaczy chleba.

Strażnicy, przyzwyczajeni raczej do popychania drzewcem halabardy miejskiej hołoty, sami przeważnie wywodząc się z plebsu, nie bardzo z początku mieli pomysł na jakąkolwiek sensowną reakcję, niepewnie popatrując jedynie na stojącego tyłem po drugiej stronie placu, wciąż wykrzykującego kazanie kapłana.

Stary sigmaryta zorientował się, że coś jest nie tak dopiero kiedy okrzyki zgromadzonych powoli zmieniły się w pełną osłupienia ciszę (trochę jedynie zmąconą jakimiś wściekłymi odgłosami szamotaniny szaleńców gdzieś dalej, nieopodal wrót świątyni...). Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że krwawy inkwizytor zadrży na widok nikomu nieznanego młodzika, który niszczy mu wspaniałe widowisko, przygotowywane z pewnością od wielu dni... ani że będzie w takiej sytuacji skłonny do jakiejkolwiek dyskusji.

- Jak śmiesz!!! - ryknął von Marburg, obracając się w stronę Gotfryda, po chwili ruszając na niego niczym rozjuszony dzik, i chociaż dzieliło go od stosów jeszcze dobre kilkanaście kroków, w jego uniesionej dłoni zalśnił stalą bojowy młot. - Spłoniesz wraz ze zdrajcami, w imię Sigmara, bluźnierco. Brać go!!

Ośmieleni strażnicy, nagle jakby uwolnieni spod jakiegoś uroku unieśli halabardy, starając się powalić Gotfryda na ziemię, sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna. Jeżeli młodzieniec liczył na rozpętanie w tej sytuacji teologicznej debaty, źle wybrał do tego czas i miejsce, musiał bardzo srogo się rozczarować. Zdążył już wyciągnąć broń, ale wcale nie był pewny, czy jest gotowy jej użyć. Gdyby przeciwko niemu stali prawdziwi żołnierze, a nie zwykłe kmioty, z pewnością sytuacja byłaby jeszcze gorsza... ale już po pierwszym razie, gdy von Ammer w zgrabnym uniku tylko o włos uniknął paskudnej rany nogi, zrozumiał że nie jest istotne, że każdego z próbujących go trafić mężczyzn pokonałby jedną ręką. W grupie byli groźni.

Coraz bardziej zdesperowany cofnął się i spostrzegł, że tym razem nie ma już jak uniknąć kolejnego ciosu, do którego przymierzał się strażnik z prawej. Miecz Gotfryda świsnął w krótkim łuku, z mlaśnięciem odrąbując dłoń tamtego. Zwierzęcy ryk zagłuszony został przez wrzaski tłumu, które wybuchły ze wszystkich stron naraz, jeszcze bardziej ogłuszające w kontraście do ciszy sprzed kilku sekund. Szlachcic nie miał czasu się rozglądać, za sobą miał stosy i jeńców, przed sobą trzech kolejnych halabardników z coraz bardziej zaciekłymi minami, a tuż za nimi - ogarniętego furią kapłana.

Dwie krople krwi oderwały się od klingi półtoraręcznego miecza, krótkim lotem w stronę bruku odmierzając krótką chwilę, jaka została na jakiekolwiek działanie, na decyzję o życiu i śmierci.

***

Kurt i Remo tymczasem stanowili zdecydowanie mniejsze źródło zamieszania, chociaż i wokół nich ludzie zaczęli kotłować się gniewnie i pokrzykiwać. Obaj walczący nie widzieli szczegółów, zbyt zajęci tłuczeniem się nawzajem ze wszystkich sił – Fuchs po początkowym zaskoczeniu zdołał odepchnąć od siebie rozszalałego kupca, z rozciętym łukiem brwiowym i złamanym nosem, zalany krwią wyglądał paskudnie. Zadziałały instynkty – błysnęła stal, trysnęła krew – Remo zorientował się, co jest grane dopiero w momencie, kiedy w pełni usłyszał spanikowane krzyki wszędzie wokół siebie i odruchowo przyłożył rękę do boku, wyczuwają ciepłą, lepką wilgoć – musiał dostać nożem, czy sztyletem. Popchnięty przez kogoś stracił równowagę, niczym podcięte drzewo padł na bok, na bruk, obiema rękami starając się trzymać coraz bardziej rwącą ranę, rycząc z bólu jak zarzynany prosiak. Przed oczami przewijały mu się obrazy, chaotycznie, bez składu i ładu, krew skojarzyła mu się z odciętym kciukiem, a kciuk - z uwięzionym i torturowanym bratem, zaś ten – ze szlachetnie urodzonym oprawcą, z Gryfem o ptasich oczach. Co on mówił? Co on mówił o Fuchsie i o Albercie? Co on...?

Kłujący ból zaczynał dopiero powoli docierać do świadomości Remo, ktoś go kopnął, ktoś inny popchnął, kiedy próbował wstać, najpierw na kolana, potem na nogi, wokół niego ludzki tłum zaczął się kotłować jak w ogarniętym pożarem domu wariatów. Wyglądało na to, że rana w boku nie jest aż tak groźna, jak się z początku zdawało, choć lało się jak z dziurawego cebrzyka, jeszcze można było chodzić. Jeszcze, jeszcze... Fuchs. To on w tym zamieszaniu musiał dziabnąć Remo nożem, rozszalały tłum porwał gdzieś i jego – może i dobrze, bo kto wie, czy teraz nie zechciałby poprawić.

Myśli Remo powoli wracały do normy, powoli zaczęło docierać do niego co właściwie zrobił i w jakiej jest sytuacji, pulsujący bólem bok w jakiś cudowny sposób przywracał jasność myśli i trzeźwość oceny. Kupiec, popychany, kopany, potrącany, sycząc z bólu próbował wycofać się, uwolnić z rozjazgotanego, wrzeszczącego, pozostającego na krawędzi histerii i paniki tłumu... i wtedy, w ułamku sekundy, dostrzegł wśród tego tłumu znajomą twarz swego kuzyna, z której ktoś na moment zerwał okrywający ją kaptur – Schorner stanął jak wryty, gapiąc się za postacią, która wraz z kilkoma innymi w zdecydowany sposób przebijała się przez tłum w stronę centrum placu i stosów, gdzie również królował już nieopisany chaos.

Kurt spośród całej trójki najczęściej miał wcześniej styczność z różnymi miejskimi zamieszkami, wyczuwał napięcia i zachowanie tłumu, wiedział jak szybko i w miarę nie zwracając na siebie większej uwagi poruszać się w tłoku, ale furiacki atak Remo zbił go z pantałyku – kiedy zaczęło się zamieszanie, jedyne co był w stanie zrobić, to bronić się desperacko przed atakującym go niczym szaleniec kupcem, który – był tego niemal pewien – zamierzył sie na niego nożem. Reakcja była błyskawiczna, choć z uwagi na szybkie ataki Schornera niedokładna – ostrze szpiega, zamiast wbić się prosto w nerkę czy inny ważny organ i skończyć z zagrożeniem raz na zawsze, zjechał tylko po żebrach i rozpłatał kawał mięsa, rozcinając kubrak i tocząc krew z boku przeciwnika. Dopiero kiedy oszołomiony kupiec zdał sobie sprawę, że jest ranny, przykładając dłonie do czerwieniejącej szybko dziury w boku, Kurt zorientował się, że tamten wcale nie ma broni, że to musiała zadziałać zawodowa paranoja, która po wielokroć wcześniej ratowała mu juz życie.

Chwila wahania kosztowała go oddzielenie od adwersarza przez kotłujący się tłum, krzyki i zamieszanie narastały, dodatkowo Fuchs wyraźnie poczuł zapach dymu – i był niemal pewny, że nie był to dym stosów. Rwał złamany nos, puchła obita twarz, zdrętwiały dwa palce lewej dłoni, na którą ktoś musiał nadepnąć, kiedy Remo powalił go na bruk, kolejne części ciała ogłaszały tepymi uderzeniami bólu szkody, które wyniósł był Kurt z tej gwałtownej szarpaniny. Oddech rwał się, kiedy Fuchs przedzierał się przez tłum, rozglądając się coraz bardziej panicznie – nie było widać Gotfryda. Nie było widać Remo. Wokoło szalał tłum, a jedyny znany element, który Fuchs był w stanie namierzyć, to czarny kapelusz na siwej głowie stojącego niepodal nich przy wejściu świątyni wyznawcy Solkana, który w odróżnieniu od wrzeszczącej ludzkiej masy wszedzie wokół zdawał się dokładnie wiedzieć, dokąd zmierzał – a było to dokładnie samo centrum zamieszania, dokładnie w odwrotnym kierunku, niż podpowiadałoby doświadczenie i rozsądek Kurta.
Szpiegowi udało się dotrzeć bliżej ściany świątyni, nie zastanawiając się dłużej, wspiął się po zdobiących ją rzeźbach, przylgnął do jednego z podtrzymujących fronton posągów, kurczowo czepiając się go jedyną sprawną dłonią. Kątem oka dostrzegł nadciagający gdzieś z drugiej strony placu oddział straży miejskiej - co ciekawe, nie wyglądało na to, żeby bardzo śpieszyli się do zaprowadzania porządku. Udało się tez namierzyć źródło zapachu, który owionął go przez chwilę w tłumie - kilka domów dalej właśnie zajmowało się ogniem. Kurt nie mylił sie w takich sprawach - bez wątpienia ktoś celowo je podpalił. Zaś w tłumie dostrzegł jeszcze z tej perspektywy kilkanaście przebijających się bardzo brutalnie w stronę stosów postaci, ubranych różnie - w płaszcze, peleryny, futrzane szuby - ale bez wyjątku w sposób ukrywający ich tożsamość.
Ostatnią rzeczą jaką udało mu się złowic katem oka, zanim ześliznął się z dającego słabe oparcie posągu, były zwłoki: obok ściany sąsiadującej ze światynią kamienicy leżał zwinięty w kłębek, w pozycji embrionalnej, człowiek w mnisim habicie. Czerwona kałuża nie skrzepła jeszcze, a ręka trupa ściskała ostry, krótki miecz o prostej głowni, z daleka bardzo podobny do tego, którym posługiwał się sam Fuchs.
Jęknął z bólu i mocno zacisnął szczęki, żeby nie zacząć wrzeszczeć – wyglądało na to, że wszystko co mogło, popieprzyło się właśnie dokumentnie i całkowicie.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:25 pm

Remo przyciskał kurczowo obie dłonie do zranionego boku. Cięcie nie zdawało się być glębokie, ale krew lała się na ziemie sporym strumieniem. A i sama rana rwała jak jasna cholera. Kupiec próbował się podnieść, ale napierajacy tłum rzucił go na powrót na bruk. Mężczyzna zaskowyczał z bólu gdy jakiś bucior wraził mu się w żebra.

- Mordujom! - zaskowyczał najstraszniejszym głosem jaki potrafil z siebie wydobyć. Nie wiedział co robić, przed oczami stanęła mu perspektywa zadeptania przez to bydło na śmierć.- Nożami żną!

Wrzaski kupca tylko pogorszyły sytuację. Zgromadzeni mieszczanie poczęli się szamotać jeszcze bardziej, obalając wstającego kupca na ziemię. Wydawało się, że nic nie uratuje go przed zadeptaniem.

Nagle, dosłownie znikąd, wyłoniło się jakieś silnie ramie i jednym szarpnięciem postawiło go na nogi. Gwaltowny ruch wywołał następny atak bolu i Remo wrzasnął. I wtedy poczuł, ze ktoś podpiera go pod ramię i zaczyna wyprowadzać dalej od tłumu. Ciżba robiła się coraz mniej gęsta, ale przedzieranie się przez nią nie było latwe. Co chwila ktoś na nich wpadał, bok kupca rwał coraz bardziej, a jakby tego bylo mało upływ krwi sprawił że był on coraz bardziej skołowany. Nie wiedział dokładnie gdzie się znajduje, szeptał jedynie do prowadzącego go człeka podziękiwania i obiecywał na głos śmierć Fuchsowi, klesze, idiocie Gustawowi i wszystkim innym.

Po chwili wyprowadzono go z tłumu, ale tracący powoli przytomność kupiec niemal nie zwrócił na to uwagi. Ostatnia rzeczą jaką zapamiętał był jakiś ogromny smród który uderzył go w nozdrza zaraz przed tym jak zgasło słońce.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:25 pm

Ze złością splunął na ziemię. Krwią. Co najmniej jeden ząb był wyłamany. Bolało jak cholera. Nieraz już dostawał ciężki łomot, ale razem z kolejnymi latkami na karku, było coraz gorzej. Teraz może dało się to jakoś znieść, ale później, mogło być bardzo źle.

Shörner miał zmysły pomieszane. Ani chybi, od tego niebieskiego proszku. To stawiało pod znakiem zapytania jego dalszą przydatność w tej misji. Teraz trzeba było działać, jak najszybciej, póki było jeszcze cokolwiek do ratowania. W pobliżu stosów toczyła się przepychanka. Strojny w drogie szaty hrabia, widoczny był, jak klejnot w kupie gnoju. I każdy mógł pierdyknąć temu klejnotowi po łbie.

Szpieg uważnie zbadał pełne ludzi podwórze. Odsapnął nieco i w mgnieniu oka ułożył swoją przyszłą trasę.

Drętwiejącą już dłonią sięgnął do pasa, po sakiewkę. Całkiem pękatą. Było w niej parę złotych monet, ale zdecydowanie przeważały srebrniki i miedziaki. Ot, na drobne wydatki. Pieniądz przyjemnie chłodził wnętrze dłoni, z takim słodkim ciężarem aż żal było się rozstawać. Jednak po chwili szybował już w powietrzu.

- Luuudzie!! Piniądze dają!! Cud się stał!! Piniądze! Cuud!! - Darł się wniebogłosy, nabierając w dłoń kolejną porcję monet. Ludziska zawsze i wszędzie lgnęły do grosza, jak nie przymierzając, muchy do gówna.

Wytarł twarz z cieknącej krwi. Z wściekłością ruszył przed siebie, w kierunku kotłowaniny. Gdy ludzka ciżba gęstniała, odbił nieco na prawo. Kurt miał doświadczenie w przedzieraniu się przez tłum. Podstawą było zachowanie pochylonej sylwetki i szczególnej uwagi na łokcie. Najlepiej było przeciwdziałać z wyprzedzeniem. Po chwili, podkuty czubek buta wylądował na podbródku jakiegoś zbierającego pieniądze mieszczanina. Człowiek przeraźliwie jęknął. Najpewniej będzie mógł teraz zbierać własne zęby. Fuchs nawet nie zwolnił, biegł dalej. Z impetem natarł kolanem w czyjąś wyprostowaną sylwetkę. Jęk, który dało się usłyszeć, był chyba kobiecy. Albo, po prostu, kolano uderzyło nieco za nisko. Stosy były już coraz bliżej.

Wzdłuż muru świątynnego rosły wysokie i gęste krzewy. Przy odrobinie szczęścia dałoby się do nich przedrzeć. Mimo zapewnionych bolesnych zadrapań i skaleczeń, dalsza droga byłaby już tylko formalnością.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:26 pm

- Odstąpcie! Może się obyć bez zbędnego rozlewu krwi! Wasz kompan stracił dłoń, jednakże w obronie tych ludzi jestem w stanie odebrać wam nawet życie!

Gotfryd nie patrząc do tyłu, ręką nietrzymającą miecza, wskazał jeńcom, aby się za nim schowali. Było to zbyteczne, gdyż ci już od dawna stali skuleni ze strachu za plecami szlachcica.

Tak jak się spodziewał, jego przemowa nie poskutkowała. Te kmioty ciągle chcą z nim walczyć, upuścić trochę szlacheckiej, błękitnej krwi. Nie mógł na to pozwolić. Przybrał pozycję do fechtunku, ugiął kolana a obie dłonie zacisnął na rękojeści miecza. Wziął głęboki oddech i czekał na ruch przeciwnika. Nie trwało to długo.

Strażnicy spojrzeli po sobie i niemal jednocześnie rzucili się do szaleńczego ataku, wymachując halabardami na oślep. Gotfryd przeczekał pierwszą falę, a następnie, gdy wyczuł moment, jednym susem skrócił dystans i przebił mieczem jednego ze strażników. Usłyszał donośny krzyk i poczuł ciepłe krople krwi na twarzy. Trafiony strażnik osunął się na ziemię. Instynktownie odskoczył, co uratowało go przed stratą nogi, gdyż jeden ze strażników, wyraźnie rozjuszony, z dzikim okrzykiem zamachnął się nań halabardą. Metalowe ostrze utknęło w ziemi, toteż szlachcic zamachnął się i przepołowił drzewce, pozbawiając przeciwnika broni. Do tej pory zdążył do niego dobiec Von Marburg, z młotem podniesionym nad głowę, gotowym pozbawić młodego hrabiego życia. Gotfryd zrobił unik przed atakiem kapłana, lecz tu popełnił błąd. Niedoświadczony w walce szlachcic, zapomniał, że podczas uniku, należy uciekać w bezpieczne miejsce, a nie w ręce wroga. Skok, który wykonał, spowodował, że ustrzegł się ataku Von Marburga, jednakże tym samym zbliżył się do innego przeciwnika, który tylko na to czekał. Przeciwnikiem tym był młody strażnik, najwyraźniej dopiero co po szkoleniu. Uśmiechnął się on szeroko. Dla niego pokonanie kogoś takiego jak Gotfryd zapewniłoby co najmniej zwiększenie racji żywnościowych, jeżeli nie jakiś szybki awans. Von Ammer wydawało się nie miał szans uniknąć jego ciosu. Strażnik zamachnął się i… padł na ziemię. Zza opadającego ciała wysunął się siwy mężczyzna w czarnym kapeluszu łowcy czarownic, o twarzy niezdradzającej żadnych emocji. Skinął jedynie głową i zniknął w tłumie. Gotfryd nie wiedział kim był ów mężczyzna, ale wiedział, że ma u niego dług wdzięczności.

Szlachcic był zaskoczony pomocą jaką otrzymał, jednak nie miał czasu na zadumę. Usłyszał kobiecy krzyk, obrócił się w stronę, z której on dobiegał i zobaczył przerażającą scenę. Von Marburg, w dzikim szale, zajmował się jeńcami.

- Wy podłe, plugawe istoty. Zginiecie, wszyscy zginiecie!

Gotfryd ruszył z pomocą, ale nie zdążył. Kapłan zamachnął się i uderzył młotem w starca, który własnym ciałem chronił swoich bliskich. Mężczyzna, trafiony z ogromną siłą, przeleciał w powietrzu kilka metrów i osunął się na bruku.

- Teraz ty, diabli synu, wracaj do piekieł!

Złapał chłopca, podniósł go za włosy, a drugą ręką zmiażdżył mu krtań. Rzucił nim o ziemię i patrzył jak się dusi.

Szlachcic doskoczył do kapłana i rozpoczął wymianę ciosów. Von Marburg był zaprawionym w boju mężczyzną. Gotfryd zaatakował go fintą, a następnie pchnięciem w serce, jednakże nie zrobiło to na nim dużego wrażenia. Szlachcic zrobił przeskok z nogi na nogę, aby nabrać impetu i ponownie zaatakował. Krzyknął a za każdym słowem szło uderzenie:

- Już… nigdy… nikogo… nie zabijesz… NIGDY!

Gotfryd wykonał trzy szybkie cięcia, lecz w momencie, w którym wydawało się, że zaczął przejmować inicjatywę zdziczały tłum rozdzielił walczących. Ostatnią rzeczą jaką zobaczył u Von Marburga była jego twarz: zdziczały uśmiech i płonące fanatyzmem oczy. Szlachcic zaklął w duchu.

Spojrzał, w poszukiwaniu źródła uwagi motłochu, który zdawał się wcale nie przejmować tymi wydarzeniami. Zauważył, że spora część ludu trzyma głowy przy ziemi wyraźnie czegoś szukając, lecz nie mógł dostrzec czego. Nagle słońce zaświeciło mocniej, a bruk rozbłysnął dziesiątkami świateł. Monety! Szlachcic nie wiedział kto wpadł na taki szalony, a jednocześnie świetny pomysł, ale był tej osobie niezmiernie wdzięczny.

Podbiegł do pozostałych przy życiu jeńców, matki i dziecka, płaczących nad zwłokami poległych członków rodziny.

- Nie czas teraz na opłakiwanie poległych! Musicie uciekać! Ratujcie się!

Kobieta spojrzała na niego ze smutkiem, ale też z wdzięcznością w oczach. Wstała, złapała swoje dziecko na ręcę i uciekła.

To samo zrobił Gotfryd, brutalnie przepychając się przez tłum. Ze strony z której przyszedł straż miejska rozpoczynała swoją działalność polegającą na tłuczeniu wszystkich zebranych wszelkiej maści bronią obuchową, toteż Gotfryd zobligowany był do ucieczki w stronę przeciwną.
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Admin
Admin


Posts : 114
Punkty Fandomu : 0
Join date : 15/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 15, 2010 2:26 pm

Starając się utrzymać w pionie, cały czas śledził wzrokiem Gotfryda. Nie było to łatwe. Dobrze, że młodzieniaszek, nie stracił resztek rozumu i zaczął uciekać. Gorzej, że stronę ślepego zaułka. Ktoś nieopatrznie potrącił szpiega ramieniem. Ten, zrewanżował się zamaszystym ciosem na odlew i pobiegł dalej. Upewniając się, że von Ammer przestał wymachiwać półtorakiem, zbliżył się do niego i pacnął go lekko w ramię.

- Nie, tędy! Za mną... blisko! - Gotfryd natychmiast zrozumiał.

Zawrócili szybko i dalej biegli już razem. Chyba ze trzy razy Fuchs na coś, a raczej na kogoś, nadepnął. Nie było to w tej chwili ważne. Paręnaście metrów dalej strażnicy miejscy zaczęli już rozpędzać tłum, pałkami i drzewcami. Ale obrośnięty krzakami mur był już blisko, bliżej niż strażnicy. Hrabia z Fuchsem, bez większych przeszkód, nie szczędząc kopniaków i razów hołocie dookoła, dobiegli do celu. Obcierając ciała o rozpadającą się, źle otynkowaną ścianę z jednej strony, a dając się drapać ostrym gałęziom z drugiej, biegli jak najdalej tego całego harmidru. W krzakach schowało się kilku ludzi, ich trzeba było staranować.

Wreszcie, dobiegli do niewielkich, drewnianych drzwiczek dla służby. Po drugiej stronie była już ulica. Uciekinierzy spojrzeli po sobie, a następnie Kurt potraktował drzwi solidnym kopniakiem.

***

Czuć było smród spalenizny. Zmęczenie i ból dały o sobie znać. Fuchs musiał ukucnąć. Ciężko dyszał, opierając się o przegniłą beczkę i patrząc na ulice. Ciemny zaułek do której uciekł był bezpieczny. Nieco dalej po bruku biegali ludzie, to w jedną, to w drugą stronę. Ktoś wołał straż, ktoś rozpaczliwie wzywał pomocy. Dzieci płakały, kobiety zawodziły, mężczyźni co i rusz wypluwali soczyste przekleństwa. Ciekawe, może w mieście świątyń religijne tumulty były rzeczą powszechną i nie budzącą zdziwienia?

Szlachcic przyglądał się zgiętemu w pół agentowi z wielkopańską miną. Wtórowało mu czarne kocisko, siedzące na skrzynce tuż obok ściekowej kraty.

- Trzeba przeczekać... latają jak osy w gnieździe... smród po gaciach, pieprzony...

Kurt sapał, wypluwając z ust ślinę zmieszaną z krwią. Obolałe ciało rwało coraz bardziej. Myślał, zastanawiał się, czy powinien powiedzieć swemu podopiecznemu o szaleństwie Rema. Zacisnął pięść i z całej siły uderzył w beczkę.

***

Dzień miał się już ku końcowi. W faktorii handlowej przy Brauereistrasse ruch stopniowo zamierał. Coraz mniej wozów wjeżdżało i wyjeżdżało spod podwórza. Robotnicy w poczuciu dobrze wykonanej roboty zaczynali rozchodzić się na tradycyjne, wieczorne piwo, lub do domów. Ci pierwsi byli, oczywiście, w przewadze. Schörnerowie nie skąpili im ni pracy, ni grosza przy wypłacie. Sami przecież posiadali udziały w przemyśle browarniczym, a im więcej ludzi będzie stać na te zacne produkty, tym będzie lepiej dla interesu.

Matias, zarządca tutejszego geszeftu kierował załadunkiem ostatnich już dziś skrzyń. Swoją modą, po męsku, obrabiał leniwym pracownikom rodzinę do czwartego pokolenia włącznie. Tych pracowitych ponaglał i walił - niby przyjacielsko - tłustą łapą po plecach. Interes musiał się kręcić, czas to pieniądz, a pracowało się właśnie dla niego. Nim zegar na wieży zadzwoni, trzeba było wóz załadować i wysłać w diabły.

- Dawać, chłopy dawać! Nie lenić się, kurważ wasza mać, towar ma być na trakcie jeszcze dziś! No, jak tego nie rozdzielimy, będziem w plecy na 500 koron, jak chuj! Dawać jeszcze tamto... a ty tu czego, mozole pieroński, co?

Młody smarkacz, który stanął obok grubasa wytarł właśnie nos w rękaw.

- Pan, Schörner, tak? Pan Schörner?

- Co ty tu robisz, młody... gdzie z tym cholerstwem, chuju nieoskrobany!! Podnoś, zdejmij i od dupy strony to załaduj! A ty tu czego chcesz?! Jak żeś tu wlaz?

- Drzwi były otwarte... -
ulicznik, z wrodzoną bezczelnością, wskazał na zamknięte wrota za sobą.

- Ta? Wsadzę Halsowi klucz w dupę. Więc, synek, czego tu?

- Taki jeden pan prosił panu przekazać... panu Schörnerowi... ekhm... że "my" będziemy w Osowej Karczmie, pokój siódmy. Czekać będziemy jeszcze jeden dzień. Tyle.

- Że, kurwa, co?! Coś ty, z dupą żeś się na rozum pozamieniał, czy jak? Kto miałby mi takie rzeczy gadać? Kobita, rozumiem, ale jaki pan, kto?!

- Taki ze złamanym nosem. I podbitym okiem. I w ogóle, jakiś taki nieprzyjemny. Powiedział, że pan Schörner zapłaci za to. -
Smarkacz wyciągnął rękę.

- Hę? A jak się nazywał, jakoś?

Chłopiec wzruszył ramionami. Matias, jako że z natury był człekiem dobrym, sięgnął po parę miedziaków i wręczył je dzieciakowi. Zamyślił się, kto u licha miałby takie rzeczy mu mówić. Po pewnym czasie doszedł do wniosku, że to może do jego kuzynka, który niedawno przyjechał do miasta. Dziwne rzeczy...
Powrót do góry Go down
http://zmierzchbogow.ultimaterpg.org
Paradoks
Fuckin' Praise Seeker
avatar

Posts : 292
Punkty Fandomu : 16
Join date : 15/05/2010
Location : Polska

Apocalypse World Character
Role: NPC
Name: Legion
Experience:
3/5  (3/5)

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Wto Maj 18, 2010 7:52 pm

Remo

Wiatr szeleścił nagimi gałęziami nieprzebudzonych jeszcze z zimowego snu drzew, ale Remo znacznie lepiej słyszał szelest targanych powiewami kart księgi.

Porzucony, otwarty Codex Sigmaris leżał u stóp dopalającego się stosu, z którego sterczał krzywo na wpół spalony pal i niezidentyfikowane truchło, które jeszcze kilka godzin temu było dumnym inkwizytorem, postrachem całego południowego Imperium, szlachetnym członkiem rodu von Marburg, którego nazwisko ponoć miało moc odpędzania demonów.

Remo zaś siedział na jakimś stosie koców nieopodal, w pewnej odległości od prowizorycznego obozu banitów. Świadomość wracała powoli, jakby światło wschodzących księżyców spowijało jego umysł i trzeźwiło zmysły. Ledwie powstrzymywał dreszcze, i sam nie wiedział, czy to świeżo opatrzona rana, strach, obrzydzenie, zwykły głód, czy też ten gorszy, od Magii, tak nim trzęsą. Może wszystko po trochu.

Mężczyzna stojący w cieniu chyba czekał, aż to on coś powie. Remo widział białka oczu, zacięty wyraz wychudzonej twarzy, zbielałe kostki dłoni; jego kuzyn przed momentem dopiero wrócił z obozowiska, gdzie rzucała się w gorączce jego cudem uratowana od stosu żona, gdzie ledwo co zasnęła córka. Ani słowem nie wspomniał o ojcu i drugim dziecku, których nie udało się uratować, ale jego oblicze mówiło wszystko, kiedy przyglądał się kaźni Marburga - Remo sam już nie wiedział, czy straszniejsze są krzyki palonego żywcem kapłana, pijane wrzaski dzikusów wokół niego, jęki pogrążonej w malignie uratowanej cudem kobiety, śpiew i śmiech czarownicy, czy twarz własnego kuzyna - tak bezwzględna i pełna czystej nienawiści, że przypominająca niemal posąg któregoś z zakazanych bogów...

A teraz wszystko ucichło. Remo przypominał sobie tę scenę jak przez mgłę, właściwie nie był absolutnie pewien, czy chociaż część tego, co w strzępach pamiętał, nie była jakimś majakiem - a pamiętał tę kobietę, oblaną upiorną czerwienią, stojącą tuż obok huczącego ogniem stosu, tańczącą niemal nago, śmiejącą się w głos i wykrzykującą obelgi pod adresem skazanego na śmierć sigmaryty. Była jak opętana przez jakąś dziką magię, a żaden z banitów nie odważył się nawet podnieść wzroku, by spojrzeć jej wtedy w twarz. On sam patrzył na to wszystko jak otępiały, na krawędzi snu i jawy, a teraz wszystko wydało mu się takie nierealne - teraz pozostały tylko przewracane przez wiatr karty księgi, wpatrujący się w niego natarczywie kuzyn, i najwyraźniej zbierająca się do drogi banda, kulbacząca konie i dogaszająca ogniska, gdzieś tam, dalej. Z drugiej zaś strony, gdzieś na uboczu, tam, dokąd poszła młoda kobieta, czy dziewczyna raczej, czarownica która podpaliła stos, słychać było jakby szept, przerywany z rzadka głośnym pociągnięciem nosa. Siedziała tam teraz sama, otulona w za duży, żołnierski płaszcz - łkała.

Gotfryd

Spoiler:
 

***

Gotfryd & Kurt

Gotfryd dał się wyprowadzić z tłumu, polegając całkowicie na umiejętnościach Kurta; oszałamiająco uderzyły go wspomnienia pewnej konkretnej kaźni, wiele lat temu, kiedy uciekali tymi zaułkami, poczuł się przez chwilę, jakby był kimś innym, jakby już to przeżył, jakby...

Młody szlachcic ocknął się na dźwięk własnego głosu, nie mniej zszokowany niż obserwujący go Kurt:

- Zabili... zabili ich, moich rodziców, boję się, tak się boję, pomóż mi! Pomóż, błagam! Bła...!

Zdumienie po sekundzie ustąpiło przerażeniu, które zacisnęło gardło. To nie był jego głos, kiedyś to słyszał, kiedyś, dawno temu, dawno... Szeroko otwarte oczy wpatrywały się w Fuchsa, który także pobladł nagle, wyraźnie poruszony. On też wyczuł, że zaszło tu coś niedobrego, włosy na karku zelektryzowały się i stanęły mu dęba.

- Po... pomogłem. - wykrztusił młody von Ammer z wysiłkiem, chrypiąc, już swoim głosem. Tłumione wspomnienia zdarzenia, o którym nigdy nikomu nie powiedział wylewały się mieszaniną wstydu i ulgi spowiedzi - Kiedyś, dawno temu... tam był on... von Marburg. I mała dziewczynka, widziałem jak uciekała, jak się ukrywała, sam byłem niewiele starszy niż tamta sierota. Pokazałem strażnikom inną drogę...

***

Kurt

- Wy szukacie niejakiego Remo, panie? - upierścieniony grubas przysiadł się do Kurta w kącie głównej sali zajazdu, gdzie w samotności osuszał drugi już dzban miejscowej gorzały, zastanawiając się, ile czasu zajmie straży dogaszanie pożarów i wyłapywanie mętów, którzy skorzystać chcieli z chwilowej nieobecności stróżów prawa w pozostałych częściach miasta. Trzeba by się skontaktować z miejscową delegaturą, ale póki noc dobrze nie zapadnie Fuchs nie zamierzał robić nic poza piciem. Uparcie nie dopuszczał do świadomości faktu, że do nadejścia nocy może nie być już w stanie ruszyć gdziekolwiek, jeżeli nie zwolni trochę tempa - toteż ręce i gardło działały właściwie same, zgodnie z wyuczonymi nawykami. Matias, zgodnie z oczekiwaniami, czym prędzej odpowiedział, że sam wielce jest zaniepokojony losami rodziny z którą żadnego kontaktu nie ma i natychmiast doniesie, jak się tylko czegokolwiek dowie, o to samo prosząc uniżenie. Oczywiście.

Fuchs niechętnie zogniskował wzrok na natręcie.
- A ty kurwa co za chuj? - zapytał rzeczowo, odstawiając energicznie garniec i trochę jedynie sepleniąc.
- Zwą mnie Freiherr. Możeście słyszeli. Gadałem z nim jeszcze pare godzin temu, wiem z kim mógł sie ulotnić. Jeno nie wiem gdzie dokładnie, ale wiem dobrze, że z miasta uszedł. A dyć możem sobie pomóc wzajem, a?


Ostatnio zmieniony przez Paradoks dnia Pon Maj 24, 2010 1:52 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Nadril
Hreczkosiej


Posts : 7
Punkty Fandomu : 0
Join date : 23/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Nie Maj 23, 2010 7:14 am

"W coś ty się wpakował Gustawie" przemknęło przez myśli kupca. Ale szybko zostało zastąpione pytaniem w co on sam, Remo, się wpakował. Był w towarzystwie oszalałej z rozpaczy rodzinnej czarnej owcy, w miejscu gdzie przed chwilą człek ów do spółki z kobietą parającą się czarami oraz bandą pijanych oprychów spalili pijanego inkwizytora. Miejscu z którego i tak nie było wiadomo jak dojechać do domu. No i przede wszystkim zaczynało go trząść. A Remo znał to uczucie, nie było ono spowodowane raną i upływem krwi. O nie. Jego organizm potrzebował pewnego konkretnego paliwa o niebieskim odcieniu, które to spoczywało w skórzanym woreczku w domu kupca, w Wissenburgu.

Skup się Remo.

Co mógł powiedzieć? Musi być delikatny, ten człowiek właśnie stracił dwójkę ukochanych ludzi. Jego własne dziecko zginęło mu przed oczami. Trzeba zacząć jakoś delikatnie, współczująco...

- Albert siedzi w lochach Gryfów w Nuln. Urżnęli mu palec. Cała rodzina ma przejebane. Jesteśmy żywe trupy. I to wszystko przez Twoje, kurwa, niezależne interesy... - mówił spokojnie Remo. Nie czynił wyrzutów. Po prostu nagle uderzyło w niego dlaczego właściwie się znajduje tutaj, nie zaś na nulnijskich salonach. I postanowił zakomunikować to człowiekowi, który byl tego przyczyną.
Powrót do góry Go down
Paradoks
Fuckin' Praise Seeker
avatar

Posts : 292
Punkty Fandomu : 16
Join date : 15/05/2010
Location : Polska

Apocalypse World Character
Role: NPC
Name: Legion
Experience:
3/5  (3/5)

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sro Maj 26, 2010 7:58 pm

Gdzieś od strony bandyckiego obozu dolatywały urwane strzępki zdobywającej błyskawicznie popularność piosenki o tym, że nie ma już błędnych rycerzy, a każdy, bez względu na urodzenie, może wziąć swój los w swoje ręce.

Gustaw nad wyraz spokojnie przyjął słowa krewniaka, natomiast Remo zaniepokoił drwiący grymas na jego twarzy, kiedy wreszcie przemówił.

- Jeśli naprawdę myślisz to, co mówisz, to jesteś głupcem. Naiwnym głupcem, można by dodać. Czy ty naprawdę myślałeś, że ta banda szlachetnie urodzonych bęcwałów dopuści cię do swoich zaszczytów, uzna za równego im? Czy ty naprawdę sądzisz, że ciężką pracą staniesz się im, kurwa ich mać, równy?! Schornery za wysoko mierzyły, to ich psie krwie przycięli, i tyle! - krewniak wyraźnie się rozkręcał - Moje szemrane interesy? A gówno! Dopiero jak mi skurwysyny wysłały na łeb urzędników, dopiero jak obsrywali życie donosami i kontrolami, dopiero jak mnie jacyś obwiesie gdzieś w zaułku na Starym Mieście skopali, dopiero wtedy zrozumiałem, że żadnej uczciwej konkurencji tu nie ma i nie będzie! Bo wiesz co? Bo my nie jesteśmy im równi. Bo mają dłuższe, kurwa, ręce. Kurwa żesz mać, ty myślisz, za co ona miała na stos pójść!? Za mnie! Ale za co?! Kurwa, za herezję, rozumiesz? Za herezję i wyznawanie mrocznych kultów, rozumiesz? Rozumiesz, już, kurwa, czy nie?! Ja nawet kurwa nie wiedziałem, jak wymówić tych bożków, co ich miałem wyznawać. Patrz! - podniósł koszulę, odsłaniając bok, zbliżył się do Remo. Kupiec aż syknął z wrażenia, widząc okropne blizny po przypaleniach i zdzieranej skórze - Patrz! Potem jeszcze wymyslili sobie zdradę, w domu podrzucili jakieś ulotki... A jak myślisz, co dalej z majątkiem by było, co?

- Freiherr? - Remo, wciąż lekko osłupiały, z wysiłkiem zmuszał do pracy szare komórki.

- Nie wiem. Nie sądzę, bo... bo nie. - Gustaw zrobił zaciętą minę, łypiąc wściekle białkami i zakładając z powrotem koszulę - Ale na pewno wie, kto na mnie doniósł, on dużo wie i nie brzydzi się lizać butów tych, którzy naprawdę rządzą i którzy nie chcą oddać pieniędzy i wpływów w ręce takich jak my parweniuszy; zresztą on nie brzydzi się nikogo i niczego...

- A tamci? - Remo ledwie dostrzegalnie skinął głową w kierunku obozowiska banitów.

- Zaczęło się od przypadku. Jeden z nich wpadł w łapy straży, razem ze mną go trzymali. Wyciągnęli i mnie. A potem... a potem żesmy sobie trochę pomogli nawzajem.
Powrót do góry Go down
Genseric
Hreczkosiej


Posts : 11
Punkty Fandomu : 0
Join date : 18/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Maj 29, 2010 2:13 pm

Z oczu młodego szlachcica popłynęły łzy. Upadł na kolana i schował twarz w dłoniach. Jego rodzice nie żyją, miał od nich uzyskać tyle odpowiedzi, tyle mógł się od nich nauczyć. A teraz wszystko przepadło. To stało się tak szybko, zbyt szybko. Nawet nie miał szansy się z nimi pożegnać. Może gdyby nie wyruszył na tę przeklętą wojnę to zdołałby coś zrobić, uratować rodzinę? Chciał wrócić w glorii do domu, lecz zastał jedynie zgliszcza. Nie tak miało być.

Zacisnął pięści i zaczął uderzać nimi o ziemię.

Zauważył, że zaskoczony reakcją szlachcica Kurt patrzy się nań ze zdumieniem. Szlachcic otrząsnął się, przetarł oczy, wstał i powiedział:

- Wybacz mi tą chwilę słabości, to już się nie powtórzy.
- Coś się stało?- Odpowiedział Kurt.
- Po prostu dopadnijmy tych, którzy zabili moją rodzinę.

Nie potrzebowali więcej słów. Ruszyli do gospody.
Powrót do góry Go down
Nadril
Hreczkosiej


Posts : 7
Punkty Fandomu : 0
Join date : 23/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Pon Cze 07, 2010 6:52 pm

- Żeście sobie pomogli nawzajem i z tego wszystkiego mi brat do ciemnicy Gryfów trafił. - warknął Remo, wyraźnie podrażniony. Co mu będzie gówniarz wyliczał, jakie to go szkody spotkały. W końcu to jemu, starszemu, świat się wali, a tego tylko nieco przysmażyli i... dziecko mu spalili.

- Kurwa. - westchnął ciężko.- Masz rację. Rodzinę Ci ubili i nie Twoja w tym wina. Ba, żeśmy stracili bo ciągle jesteś mi przecież krewniak. Kłócić się i dyskutować tutaj nie zamierzam, bo po chuj? Tutaj trzeba rozmyślać, a potem działać. Was trzeba gdzieś bezpiecznie umieścić, najlepiej na bretońską stronę przerzucić. Alberta trzeba z lochu wyciągnąć. A tych co Cię wykończyli wytropić i skończyć z nimi jak z tym tutaj. Bo inkwizytor, niech go demony w dupę jebią, sam nie działał.

Remo zasępił się przez chwilę i w zamyśleniu grzebał patykiem po ziemi. Dużo tego było do zrobienia i mimo iż jakoś opanował rozsadzający go od środka, koncentracja nie chciała przyjść. Gdyby tylko miał odrobinę magii.

- Kurwa, dużo tego do zrobienia i nie wiem jak to wszystko połączyć. Ale moja w tym głowa. Ty się szczeniaku opanuj, bo tylko kłopotów sobie narobisz. Masz żonę i dziecko, nimi się zajmij nie zemstą. Tę zostaw mi, a mogę Ci obiecać, jakem Schorner, że się tym zajmę. Ty się przyczaj z tydzień aż obława przejdzie. Będą Cię szukać po wszystkich traktach. Masz przyjaciół? Ja ogarnę sprawy w mieście, spotkam z Freiherrem, dowiem się co i jak. Po tygodniu się spotkamy i powiem Ci wszystko czego się dowiedziałem. A rodzinie Twojej załatwię bezpieczny transport do Bretonii. Pieniądze też. Podaj tylko miejsce i czas.

Remo nie żartował z zemstą. Gustaw może nie był jakimś bliskim członkiem rodziny, ale ciągle łączyła ich krew. A to zbyt duża rzecz dla kupca, by pozostawić sprawy swojemu biegowi. Winni zapłacą. Ale najpierw trzeba było rodzinie zapewnić bezpieczeństwo, wywieźć gdzieś daleko. I co najważniejsze pozbyć się Gustawa z Witten zanim narobi większego burdelu i odbije się to na Albercie.
Powrót do góry Go down
Paradoks
Fuckin' Praise Seeker
avatar

Posts : 292
Punkty Fandomu : 16
Join date : 15/05/2010
Location : Polska

Apocalypse World Character
Role: NPC
Name: Legion
Experience:
3/5  (3/5)

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sro Cze 23, 2010 11:55 am

Remo

Gustaw pokręcił tylko głową.
- Jedyni przyjaciele, którzy mi zostali, właśnie zbierają się do drogi, Remo. - kiwnął głową w kierunku niemal już gotowych do wyruszenia bandytów, wsiadających na konie. Po obozowisku na pierwszy rzut oka nie było nawet śladu, został jedynie wykrzywiony pal, pamiątka po losie, jaki spotkał dumnego Konrada von Marburg, inkwizytora, którego imienia lękały się nawet demony. - A rodziną swoją się zajmę.
- To są bandyci, na stryczku skończysz!- jęknął Remo, krzywiąc się niemiłosiernie
- Nie. Bandyci chcieli zabić moją rodzinę. Inni bandyci stali i patrzyli na to, nie kiwnąwszy palcem. Ci tam ich uratowali. Nic już nie mów, wybrałem strony. I jeszcze ci powiem, że to jest mój dom i zamierzam o niego walczyć. Tak, czy inaczej, z tym, lub z innym. A... jeżeli chcesz coś zrobić dla mnie, to tak, zemścij się. Dowiedz się, kto stał za inkwizytorem kto poszczuł go na nas, komu zależało, żeby naszą rodzinę przyciąć. Bo mogę ci powiedzieć, kto nam wystawił jego - nie dogadywał się chyba z Gryfami właśnie, zbyt mocne te jego akcje, zbyt niepokorny... A chwilę później chcieli capnąć nas. Ale wcześniej, faktycznie, ktoś jemu z kolei wskazał mnie, ktoś mnie wrobił, bo ten biedny głupiec naprawdę zdawał się wierzyć, że jestem pieprzonym chaosytą. - ponury, przytłumiony śmiech - W dobrej wierze działał skurwysyn. Tak jakby. Więc dowiedz się, jak dasz radę, kto za tym stoi. Sam bym to zrobił, ale jej... jej nie po drodze do Wissenburga. Załatwiła tu swoje sprawy.

Jakby wywołana magicznym zaklęciem, kobieta pojawiła się w pobliżu. Gustaw umilkł nagle i opuścił wzrok, Remo zaś wreszcie mógł się jej przyjrzeć. Była bardzo młoda, w innych okolicznościach nazwał by ją raczej dziewczyną, nie dawał jej więcej niż 16 lat, ale coś w postawie, coś w spojrzeniu i zaciętej linii ust uparcie nie pozwalało na powiedzenie o niej "dziecko". Nie przypominała jednak opryskliwej i chamskiej bandytki, ni to kurwy, ni nożowniczki, podobnej do tych, jakie włóczyły się z różnymi podejrzanymi bandami po gościńcach i podejrzanych dzielnicach miast. Choć burza rudych włosów była splątana i niezbyt czysta, twarz naznaczona już życiem gościńca, podrapana, koścista, a teraz w dodatku napuchnięta jeszcze, jakby od płaczu, jej regularne rysy wskazywały, że daleko jej do ludzi, którzy za nią idą, że mimo młodego wieku, przebyła długą drogę aż do tego miejsca.

I ten dreszcz, ten sam, który poczuł na gościńcu, kiedy błyskawica spłoszyła konie, kiedy wieszczyła - i kiedy umarła - ta biedna niemota z wozu.

Dziewczyna przeciągnęła po nich nieobecnym spojrzeniem przekrwionych, zapuchniętych oczu, zbliżyła się do resztek stosu i przytwierdziła coś do przekrzywionego pala. Dopiero kiedy już odeszła do swoich ludzi, Remo mógł, wysilając wzrok w zapadającej szybko ciemności, zobaczyć co to takiego.

Krzywa, drewniana tabliczka, taka jak wisi czasem na jakichś sklepach. Widniała na niej nazwa miasta. I data, sprzed pięciu lat.

Pfeildorf
Anno Sigmari 2509
gnij w piekle, morderco

Kupiec wpatrzył się w wykaligrafowany węglem drzewnym napis, osobliwie zaś w przecinek, którego użyła rozbójniczka. Nigdy nie widział, żeby ktoś na drzwiach aptek, czy ogłoszeniowych słupach pisał w taki sposób. Może w księgach, czy świątynnych kronikach, ale tu, teraz, w takiej sytuacji? Absurdalne rozważania, w których rozpierzchły się myśli Remo, przerwał Gustaw. Był blady. Remo nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wciąż umyka mu coś ważnego, że cały czas jest ślepy na coś, co widzą wszyscy wokół. Znów przeszedł go dreszcz.

- Powiedz "zemsta", a ona przyjdzie. - wymruczał kuzyn - Załatwiłem ci konia, jakieś racje, trochę gotówki. Niewiele więcej mogłem. Nie pytaj, gdzie jedziemy, nie odpowiem, nie wiem zresztą. Bywaj, Remo. Uwolnij brata.
- Bywaj, kuzynie.

***

Była już noc, kiedy Remo dotarł w pobliże Wissenburga. Myśli miotały się dziko, telepały nim dreszcze, wiedział już, że absolutny priorytet, to zdobycie magii, inaczej nie zrobi nic sensownego, albo oszaleje i zrobi coś głupiego. Ale potem... zemsta zemstą, ale coś trzeba zadecydować z Kurtem i Gotfrydem. Gryf z Nuln mówił wyraźnie, że jedno słowo Kurta o zdradzie, ucieczce (albo i Kurta zniknięcie) i Albert jest trupem. Czas działać, czas działać.

Ściśnięte gardło, język suchy jak pieprz. Oczy szczypią, spomiędzy warg wydobywa się cichy szloch.

Co robić?


Gotfryd

- Ślachetny panie, Ślachetny panie! - gruby karczmarz, od którego wynajmowali dwie izby, potruchtał do szlachcica niczym wypasiony wieprzek. - Do pana Kurta... Goście... Umówione, że som... mówio... - wysapał z wysiłkiem.

Pogrążony we własnych rozmyślaniach Gotfryd, siedzący nad stygnącym posiłkiem w jednej z bocznych salek, spojrzał na gospodarza z widoczną niechęcią. Kurt się umówił, pewnie z tym tłuściochem, który twierdził, że będą mogli namierzyć Remo, mieli przyjść z jakimś łowczym, który zna teren...
Młodzian przypominał to sobie słabo, bo zajmował się tym wszystkim Kurt, a skoro już o tym mowa...
- I co mnie to obchodzi, chamie?! - naskoczył nagle na karczmarza, wyzwalając całą frustrację i gniew spowodowany kolejnymi komplikacjami, oddalającymi to, co najważniejsze, czyli misję uratowania jego ukochanej z rąk bandytów. Gotfryd coraz częściej zastanawiał się, czy nie rzucić tego wszystkiego i nie ruszać samemu, tylko... No właśnie. Nie miał pojęcia gdzie.
- Pa...panie! Ślachetny pan nie bije! Pan Kurt nie otwiera, wrzesczy ino! A tamte dwa ciołki czekajom.

Gotfryd zawsze uznawał, że działanie, jakiekolwiek, lepsze jest niż czcze rozmyślanie i bezczynność, toteż niewiele myśląc ruszył na górę, i już po kilkunastu sekundach szarpał i tłukł drzwiami, za którymi najwyraźniej zamknął się Fuchs. Ze środka dobiegało jakieś niezborne i kompletnie niezrozumiałe mamrotanie i okrzyki. Zniecierpliwiony młodzian, nie zważając na nieśmiałe protesty karczmarza, w trzech silnych kopach wywalił drzwi, niszcząc skobel, na który były zamknięte.

Skrzywił się, gdy uderzył go smród spirytusu, rzygowin, moczu i niemytego ciała. Po niewielkim pomieszczeniu walały się dzbany, jakieś butle, resztki glinianego gąsiora. Fuchs, półleżąc na rozkopanym sienniku, próbował się niezdarnie podnieść, bełkocząc coś pod nosem, bez skutku. Ubranie miał brudne, zlepione wymiocinami. Wszystko w von Ammerze krzyczało, żeby za żadne skarby nie przekraczać progu.
Karczmarz stał obok, osłupiały. Oczy Kurta zogniskowały się nagle na nim, jakby zebrał siły. W zbielałej dłoni trzymał kurczowo krótki miecz, wyciągnięty nie wiadomo skąd i kiedy, musiał go ukrywać w sienniku.
- Gooorzaa..ały! przy-nies.. kurwisynu! Bo zaje-bieee. Ja psa! - ni to zaczkał, ni wykrztusił szpieg, znów próbując wstać, tym razem opierając się na mieczu.

Gospodarz popatrzył na Gotfryda wielkimi oczami.
- Go-goście. Czekajom. Do pana Kurta... - powtórzył bez sensu.
Powrót do góry Go down
Genseric
Hreczkosiej


Posts : 11
Punkty Fandomu : 0
Join date : 18/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sro Cze 30, 2010 11:27 am

- Psiakrew!- Zaklął głośno Gotfryd poczym odwrócił się w stronę karczmarza.- Przynieś ceber zimnej wody, ale już!- Mężczyzna ponaglony przez szlachcica ruszył szybko, niczym wystrzelony z procy i gdy ten był już na schodach Gotfryd krzyknął- I żadnej gorzały dla tego jegomościa, nie ważne jak długo i jak głośno by darł pyska.- Gruby karczmarz skinął ze zrozumieniem i szybkim krokiem ruszył dalej.

Zasłonił nos i poszedł w kierunku okna. Złapał za ciemne, szmaciane kotary i jednym zdecydowanym ruchem je odsłonił.

- Kurwa jego mać, zasłoń to!- Wrzasnął Kurt, którego wyczulone przez alkohol zmysły zostały zaatakowane przez światło zachodzącego słońca. Niewzruszony Gotfryd kontynuował swoje „dzieło”. Otworzył okno, wpuszczając, w miejsce paskudnego odoru jaki panował wcześniej w pomieszczeniu, trochę świeżego powietrza. Wrócił karczmarz z drewnianym wiadrem pełnym zimnej wody, wziętej prosto ze studni. Szlachcic bez wahania podniósł ceber i wylał znaczną część na Kurta.

- Pojebało? Ja ci kurwa dam!- Ciężko wkurwiony Kurt wstał z łóżka i chwiejnym krokiem ruszył na szlachcica, jednakże śliska powłoka wytworzona z mieszanki szczyn, rzygowin i znacznej ilości wody nie pozwoliła pijanemu agentowi ustać toteż upadł na ryj, a po chwili dało się usłyszeć jego głośne chrapanie.

- Czyli wszystko jest jak zwykle na mojej głowie? Niech będzie.- spojrzał na karczmarza.
- Karczmarzu?
- Tak panie?
- Przynieście jeszcze jeden ceber wody, wydaje mi się, że gdy nasz przyjaciel się obudzi, pragnienie będzie mu bardzo doskwierać.

***

Gotfryd zszedł na dół i ruszył w stronę stolika wskazanego mu wcześniej przez karczmarza. Dosiadł się i od razu powiedział:

- Mój kompan jest w tym momencie… hmm… niedysponowany, toteż ja go dzisiaj zastąpię. Co panowie macie mi do zaoferowania?
Powrót do góry Go down
Teelyr
Twoja Stara
avatar

Posts : 20
Punkty Fandomu : 0
Join date : 18/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Pon Lip 05, 2010 2:24 am

Grubas zaczął gadać. Niezły był z niego frant. Sprawnie mącił i zwodził, co dwa słowa zapewniając o swojej lojalności wobec prawowitych władz. Na samym początku Fuchs słuchał tego jednym uchem, starając się domyślić skąd ten Freiherr w ogóle wiedział do kogo podejść. Początkowo chciał dyskretnie rozejrzeć się, czy ktoś jeszcze w tej knajpie zainteresowany jest tą rozmową. Jednak po chwili zrezygnował z tego pomysłu. Gruby był po prostu zbyt szczwany, by nie przychodzić na takie negocjacje bez obstawy. Stało się to jasne już po paru zdaniach.

- ... ten Remo to od zawsze mi się nie podobał, ha. Taka już krew popsuta i tyle. Powim w tajemnicy, że i jego ociec i mać jego to myszlingi były, ot co! I po mieczu i po kądzieli, psia mać, kaosytci, sodomity i inne ścierwo. Nic to dziwnego, że teraz po stronie bandyctwa i hultajstwa z południa się opowiadają. Jak to mawiają, niedaleko pada gnój od...

Kurt przerwał ten słowotok gestem dłoni. Widać, w interesach łatwo było zyskać i majątek z pozycją i śmiertelnego wroga. Stanowiłoby to wszystko, w innych okolicznościach, dobry temat do rozważań przy dzbanie. Ale fakt faktem, że dzisiejszego wieczoru dobrze trafił. Freiherr nie mógł powstrzymać triumfalnego uśmiechu, kiedy z zapałem denuncjował swojego konkurenta. Wszystko to było dla niego niesłychanie ucieszne. Białą, koronkową szmatką otarł pot z czoła.

- Konkrety.

- No, wiem gdzie można capa przytrzasnąć, ot co! Potom przyszedł do was, nie?


- Ile?

- Paaanie kochany! – Grubas niedbale machnął otłuszczoną ręką. - Jam jest prosty człek, ale jak nikt znam się na wartościach polyczalnych, bo i z tego żyję. Marki, korce, łaszty, kopy, to wszystko ważne jest. Ale każdy, kto w tym fachy tkwi już od paru lat, doskonale wie, że najlepsze interesy się buduje. Stopniowo tak, cegiełka, po cegiełce. A najlepiej zacząć od dobrego, ba, wybornego fundamentu. A lepszego niż zaufanie, to fundamentu nie znajdziecie. Ha!

Fuchs z bladym uśmiechem przytaknął. Widać, Grubas bardzo lubił mydlić oczy.

- Ja to się samą już przychylnością jaśnie wielmożnego pana zadowolę, dobrym słowem i obietnicą przyjaźni. Bom wzorowy obywatel, w obowiązku się czuję szanownej władzy pomagać ze wszystkich sił. Bo będę. - Klepnął się łapskiem po piersi. Rzucił dyskretne spojrzenie w bok i konspiracyjnie nachylił się nad stołem. Fuchs, udając niedbałe drapanie się po tyłku, sięgnął po sztylet. No i lekko pochylił głowę.

- Moje źródła, których to mam niemało, jako człek ostrożny i zapobiegliwy zresztą, dały mi kilka haczków na gaszka. Znaczy, na tego tam. Heretyka, nie? No więc, za każdym razem jak do miasta się przybąkiwał, jakieś swoje brudne sprawki załatwiać, gaszek obozuje w takim jednym, znaczy popas robi w ukrytym dobrze miejscu. Tak dobrze ukrytym, że nawet z pogonią na karku pozwala sobie na trochę dłuższy odpoczynek. Zostawia po sobie pełno śmieciów. Ja się na tym nie znam, ale ktoś obeznany, pewnikiem dobry z tego zrobi użytek. Na pewno macie pod ręką kogoś kto się zna na tropieniu, hę? Zresztą, zawsze można jakiego myśliwego za parę miedziaków wynająć. Po lasach ich pełno, nie?

- Taa.

- Tak czy wspak, perły do króliczych bobków, że koło niego właśnie będzie się kręcił najbliższym czasem ten uciekinierek. Ciągnie wilka do lasu, a swego do swojego.

- To gdzie ta heretycka stanica?

- Aaa, całkiem niedaleko stąd. Przynieście no jaką mapę, to pokaże. Najpierwej trzeba wyjść z miasta od strony Stawów Cesarskich, a potem to dalej pociągnąć na zachód. Aż do takiego młyna, co to jedno skrzydło białe ma. Kmioty go bocianem nazywają. Pies wie czemu. Dalej to trza wedle mapy jakiejś. Bo dla kogoś obcego, to się można trochę pogubić, nie?


Szpieg nie był do końca pewien, czy z tego wszystkiego cokolwiek wyjdzie. Najpewniej Remo był już daleko. No, chyba że zachował jeszcze resztki zdrowego rozsądku i poczuł braterskie więzi. Jak będzie chciał, by Fuchs go znalazł, to się da znaleźć. W przeciwnym razie, nie ma chwosta we wsi.

***

Niewielki pokoik w eleganckiej kamienicy blisko głównego rynku był miły i przytulny. Urządzony z gustem mieszczanina w co najmniej piątym pokoleniu. Prócz eleganckich ozdób w rodzaju zdobionego srebrem lustra, czy pejzażowego gobelinu, w oczy rzucały się portrety władców tych ziem. Mniejsza była podobizna Helmunda Pfeilrauchera, pana na Wissenburgu. Trochę większy był portret szanownej Hrabiny. Mogło to być dość znaczące, acz wcale nie musiało.

- Nie, nie ma mowy - Siwy urzędniczyna spojrzał na szpiega znad swoich okularów. Kurt nie wiedział o nim zbyt wiele. Nie znał nawet jego imienia. – Absolutnie nie. Wiecie co tu się u nas dzieje, hę? Szpiegi i agitatory, na każdym kroku. Za każdym rogiem. Pojmujesz to?! Czy wy w Nuln w ogóle macie pojęcie co tu się dzieje? To już jest wojna. My jesteśmy na pierwszej linii i nikt nam tyłów nie obroni. Sami musimy sobie radzić.

Nie, różnica w wielkości portretów na ścianie była tylko fasadą, lub zwykłym przypadkiem.

- Teraz znów coś poszło nie tak, straciliśmy ludzi. My! Na własnym terenie! I tak jesteśmy pod kreską. Nie do końca pilnujemy spraw w mieście, a co dopiero mamy się bezdrożami zajmować? Wasza to sprawa, my mamy związane ręce i tyle.

Właściwie to Kurt niczego innego się nie spodziewał. Skinął lekko głową i spytał, czy to wszystko na co może liczyć ze strony jaśnie wielmożnego Pana Pfeilrauchera. W odpowiedzi urzędnik podrapał się nerwowo po brodzie.

- Wszystko co będę mógł, zrobię. Ale nie obiecuję wiele. Bo nie mogę. Miejscowego wam polecę, tego możecie być pewni. Potrzebujecie zapasów?

- Nie.

- Dobrze. To wszystko. Poczekajcie jeszcze trochę. Zobaczymy co się da zrobić.


***

Kurt miał swoje sposoby na spędzanie wolnego czasu. Wszystko to było nie warte uncji kaczych kłaków. Z kolejnym dzbanem na podłodze znalazł się sam Szpieg. Pokój wirował jak szalony. W pijackim widzie wszystko stawało się o tyle prostsze! Teraz już nie było wątpliwości, dlaczego tak bardzo lubił się w nim zanurzać. Z przeszłości powracały pokraczne demony, sylwetki osób które już dawno odeszły. Fuchs niektóre z nich pamiętał, o niektórych chciałby zapomnieć. Im częściej się z nimi stykał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że samotne picie jest do dupy.

Ktoś wchodził po schodach. Pewnikiem ten parch, oberżysta. Do niczego, kurważ jego mać, nieprzydatny. Nic nie wie. Niech więcej gorzały da już...
Powrót do góry Go down
Nadril
Hreczkosiej


Posts : 7
Punkty Fandomu : 0
Join date : 23/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Sob Lip 10, 2010 11:14 pm

Komoda pochodziła jeszcze z czasów kiedy Imperium wstrząsane było zawieruchą Wojny Trzech Cesarzy. Wydawało by się, że mebel który udowodniał przez tyle lat jakość swego wykonania będzie stawiał jakiś większy opór uderzeniu siekiery. Ale nic bardziej mylnego. Ostrze przeszło przez tylną ścianą jakby była z pergaminu i grzmotnęło o mur do którego komoda stała przytulona. Remo wściekły zadał jeszcze dwa ciosy, rozbijając w drobny mak szklane drzwiczki i to co się za nimi znajdowało.

- Kurwa. - warknął odrzucając narzędzie zbrodni na bok. Pokój wyglądał jakby przeszła po nim horda orków. Ani jeden sprzęt nie uchował się cały.

- A wy na co się, jebana wasza mać, gapicie?! - wrzasnął do dwóch przestraszonych służących, obserwujących jego szał. Nie odpowiedziały, co w połączeniu z ciągle rwącym bokiem rozjuszyło go jeszcze bardziej

- Wypierdalać stąd! Jesteście zwolnione! Idźcie się kurwić bo żadnej innej roboty nie znajdziecie! Ukradłyście mi moją magię! Kurwy jedne! Do wieży was wyślę, będą was tam codziennie jebać aż...- przerwał gdy w drzwiach pojawił się Matias.

- Ty ty mnie okradłeś. Zabrałeś mi magię. Rodzinie już nawet ufać nie można. Remo usiadł ciężko na podłodze i się rozpłakał. Gdzieś przed nim zamajaczyła się potężna pierś kuzyna. Pierwszy policzek posłał go na ziemię i lekko zamroczył. Drugi przywrócił część zmysłów. Ale trzeci był niepotrzebny. I na dodatek rozwalił wargę.

***

- Dobrze, że ten twój służący po mnie pobiegł. Lada chwila, a byś kuźwa zarąbał te dwie biedne dziewki. - powiedział jakiś czas później Matias do zdecydowanie bardziej przytomnego Rema. Ten w odpowiedzi zmierzył kuzyna wzrokiem i powiedział spokojnie:
- Pomyliłem pokoje. Dawno nie bywałem w Wissen i byłem przekonany że mój składzik był w innym pomieszczeniu. Zdarza się.

- Oj, Remo. Toż to jakaś masakra była. Wyglądałeś jakby Ci sam demon w ciele siedział. Musisz spasować z tym proszkiem bo tylko biedy idzie sobie narobić. To nie ty tylko to cholerstwo Tobą zaczyna rządzić.

- Mogę przerwać w każdej chwili. Ale nie chcę, pomaga mi myśleć. Wspominałeś wcześniej, że ktoś się chciał ze mną spotkać, opowiadaj.


***

Wchodząc do karczmy Remo ciągle był pod wpływem Magii. Pewnie dlatego ani chwili nie zastanawiał się na temat tego, jak szpicel zareaguje na jego widok. W końcu rozstali się w raczej niesprzyjających okolicznościach. No, ale czego tu można się bać? Kupiec był w pełni sił i umysł miał niczym ten brzytew więc zdecydowanie poradzi sobie z wyjaśnieniem co i jak jakiemuś łosiowi co pół życia spędził w slumsie.

Wypytwaszy się gdzie to może znaleźć swego do niedawna towarzysza, kupiec ruszył raźnym krokiem do wskazanej izby. Wszystko zapowiadało się pięknie, nawet bok go już tak nie rwał. Dotarl pod drzwi, zapukał i bez czekania na odpowiedź wszedł.

- Mości Fuchs, mam ważne wieś... - zaczął, ale urwał gdy zobaczył szpiega leżącego na podłodze. - Ubity. - westchnął, ale po zapachu szybko poznał w czym rzecz. Szpicel może i był żyw, ale jutro pewnie będzie tego żałować.
- No, dzisiaj z rozmowy raczej nic nie będzie.- stwierdził Remo, wciągając pijanego mężczyznę na łóżko. Zwrócił przy okazji uwagę na jego paskudnie fioletowy, złamany nos.- Aleście się piękni zrobili, jak mnie w pobliżu nie było. Nie dziwota, że poszliście topić smutki w alkoholu. Żadna dziewka was za darmo nie zechce, a i kurwom trzeba będzie doliczyć podatek za mordę. - mówił do pijanego. W końcu udało mu się załadować go na łóżko, po czym wyszedł na korytarz i wrzasnął:

- Gospodarzu! Wiadro wody! Najzimniejszej jaką masz!
Powrót do góry Go down
Teelyr
Twoja Stara
avatar

Posts : 20
Punkty Fandomu : 0
Join date : 18/05/2010

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Pon Lip 12, 2010 1:29 am

Pijatyka trwała długo, bardzo długo. Ale i czasu przecież nie brakowało. Niewielki pokój w gospodzie stał się areną walk Kurta z jego koszmarami i z samym sobą. W alkoholowym widzie wszystko mogło się przecież zdarzyć. Tanie meble chyba tylko cudem przetrwały w jednym kawałku. Ale dla mniejszych i łatwiej podatnych ma zniszczenie przedmiotów ta noc była czasem zagłady. Posłanie zostało pocięte stalowym ostrzem, a wcześniej przyniesiona miska z wodą została wywrócona i odkształcona. Kałuża na podłodze zdążyła już wsiąknąć w drewnianą podłogę. Parę drobnych, glinianych bibelotów i naczyń zostało rozbite w drobny mak. Ich szczątki zdobiły teraz kąt pod ścianą.

W takich oto warunkach Remo zastał swojego kompana. Początkowo wszelki kontakt między nimi był absolutnie niemożliwy. Mimo, że w pewnym momencie oberżysta przestał przynosić już gorzałkę dla swojego pijanego w sztok klienta, to, co zostało wypite w zupełności wystarczyło. Wtedy Kurtowi było już wszystko jedno, w pełni zadowoliłby się i wodą z octem. Niemniej, kiedy do pokoju zajrzał Remo, w zdemolowanej głowie szpiona nadal zostało sporo oparów aquavitae. Opary te powodowały nieznośne bóle głowy, nadwrażliwość na światło, mdłości, zawroty głowy i ogólny stan całkowitego rozbicia. Częściowo odzyskując przytomność, Kurt przy pomocy kupca zdołał wleźć na pocięte łóżko. Wszystko wirowało jak szalone.

Włożenie głowy do kubła z wodą było prawdziwym wybawieniem.

Po kilku chwilach Fuchs zdołał zrozumieć parę słów i połączyć je na tyle, by stworzyć logiczną całość. Wyglądało na to że gość, który go teraz odwiedził czegoś od niego chciał. Wydawał się być nawet znajomy. Chyba jakiś interes, albo co? Nasycona spirytusem zawartość żołądka przeszkadzała w zrozumieniu tej sytuacji, więc Kurt, jako doświadczony pijus, wpakował sobie do ust całą dłoń by przyspieszyć nieuniknione. Kupiec odskoczył jak poparzony, miotając swawolnymi paniami na lewo i prawo. Cuchnąca treść żołądkowa znalazła się pomiędzy łóżkiem a ścianą. Przynajmniej w większości. Przyniosło to wszystko niesłychaną wręcz ulgę. Dzieła dopełniła reszta wody z wiadra wylana na jego łeb.

Szpieg leżał na łóżku, ciężko stękając i trzymając się za głowę. Obok siebie trzymał wiadro, z którego co jakiś czas brał wodę. W tym momencie zdecydował, że nie należy stosować ostrzejszych gróźb. Z takiej pozycji byłoby to zbyt trudno. A poza tym, odwagę należy docenić.

- Masz... bulwy jak melony, żeś tu przylazł... wiesz? Dobrze tera zrobiłeś... pomoc bliźniemu, współsigmarycie w potrzebie, będzie policzona przy śmierci... nie? Ja pier... takiego mózgojeba żem nie pamiętał... o matuchno święta...

Z premedytacją wylał prawie całą zawartość kubła na twarz, sporo poleciało do ust, ale i tak większość rozlała się wokół niej.

- Jak żeś jest, to możesz podyrdać po klina, nie? Hehehe... gadają, że jak to pomaga, to już kaplica, nie?

Rechocząc, zakrztusił się własną wydzieliną. Po chwili wypluł ją przed siebie.

- No, to tera możemy pogadać. Jak człek interesu z innym człekiem. Z interesem. Co ci do łba wtedy strzeliło, co? Mało z tego wszystkiego chryja nie wyszła... a i tak ledwo się udało. Jakie dasz gwarancje, że to już się nie powtórzy, do kurwy nędzy? Bo następnego razu i ja i ty możemy nie przeżyć...
Powrót do góry Go down
Paradoks
Fuckin' Praise Seeker
avatar

Posts : 292
Punkty Fandomu : 16
Join date : 15/05/2010
Location : Polska

Apocalypse World Character
Role: NPC
Name: Legion
Experience:
3/5  (3/5)

PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   Pią Sie 06, 2010 10:07 pm

Gotfryd nie przypominał sobie, kiedy ostatnio dane mu było błąkać się po dzikich ostępach, a raczej - błąkać się po nich samotnie, bo kilkuset zbrojnych i tabory zamieniały każdą dzicz w okolicę niemalże cywilizowaną - najczęściej we wszystkich najgorszych znaczeniach tego słowa, ale jednak.

Towarzystwo milkliwego, okutanego w bure szmaty tropiciela właściwie kwalifikowało tę całą eskapadę jako samotną wyprawę. Człowiek lasu prawdopodobnie miał jakieś imię, ale Gotfryd albo go nie usłyszał, albo nie zrozumiał, podobnie zresztą jak większości burknięć, które wydobywały się spod zakrywającego twarz, chroniącego przed mrozem materiału. Gotfryd z początku próbował wypytać tamtego o to i o owo, ale w końcu zrezygnował, zmuszony do bardzo męczących indagacji, częstego powtarzania pytań i domyślania się co drugiego słowa tamtego. Szybko zresztą przeszła mu ochota do rozmów, wkrótce zrozumiał bowiem sens bandyckiego stylu odzienia jego przewodnika.

Wrócił mróz (na krótko, jeśli wierzyć burknięciom człowieka lasu), czarne, bezlistne konary pokryły się srebrzystym szronem, a wiatr wdzierał się w każdy zakamarek odzienia. Szczypanie skóry twarzy i odrętwienie dłoni szybko odebrało von Ammerowi wszelką ochotę do czegokolwiek, ale miało też jakieś zalety - po przejechaniu zaledwie paru mil od rogatek Wissenburga wyobraził sobie, jak właśnie samotnie przeczesuje podobny obszar wielkości baronii i w duchu rozgrzeszył się z faktu związania swojej misji z ludźmi Wielebnego. Samotnie nie miał szans.

Miejsce, o którym mówił grubas z Wissenburga odnaleźli bez problemu, ale niewiele im z tego przyszło. Coś, co wyglądało na małą bazę przemytników zostało dokładnie wyczyszczone z czegokolwiek, co stanowiłoby jakąkolwiek wartość. Tropiciel skwitował to krótkim "wyniósł się", ale niedługo potem znalazł trop, który niezwykle go zaciekawił. Gotfryd, nie mający pojęcia o lasach, bez słowa po prostu ruszył dalej, dzielnie i w milczeniu znosząc mróz, głód i wszystko inne.

Do miejsca kaźni dotarli już dobrze po południu. Przekrzywiony, spalony szkielet, wciąż groteskowo jakby starający się trzymać pala, pod którym płonął stos; zamarznięta święta księga. Sklepowa tabliczka, z wyrytym napisem.

Tropiciel odruchowo wykonał znak młota, mrucząc coś pod nosem i rozglądając się, wyraźnie zaniepokojony.
- Donnerwetter! Żadnych ścierwników, tfu, tfu, przeklęte miejsce!

Młody von Ammer także zachował czujność. Las milczał, gdzieniegdzie skrzypiała zmrożona gałązka, gdzieś pękała cienka pokrywa szronu, trzeszczało podłoże pod stopami przybyszów. Gotfryd myślał intensywnie, łączył fakty - 2509, Pfeidorf, opornie przypominał sobie inne szczegóły - kaźń heretyków, wielkie widowisko, sąd, feta dla najbliższych lenników Etelki Toppenheimer... uciekające przed strażą, przerażone dziecko, sztywnego jak kołek ojca o zaciętej twarzy. Swoją ukochaną, która już wtedy, jako młoda dziewczyna zwracała uwagę wszystkich niesamowitą urodą, rzucająca powłóczyste spojrzenia niczym dorosła kobieta... była taka piękna! Ale nawet ona nie odwracała uwagi zgromadzonych od sprawiedliwej zemsty, jaką słudzy Sigmara wywierali - dla przykładu - na Jego wrogach.

I jeden z głównych aktorów - czy reżyserów tego przedstawienia, Konrad von Marburg, pogromca demonów - teraz szczerzył do niego poczerniałe pieńki zębów, skończywszy tak, jak niejeden ze zbrodniarzy, których dane mu było posłać na stos. Gotfryd z jakiegoś powodu był pewien, że jemu nikt nie okazał łaski, nie pozwolono, by udusił się dymem, nie zdławiono tchu pętlą. Fala gorąca przeszła przez ciało szlachcica, zadrżały ręce, czuł się niemal tak, jakby sam płonął.

Tropiciel za to chyba już całkiem wrócił do siebie, najwidoczniej więcej trzeba było, żeby nim wstrząsnąć na dłużej. Burczenie spod zakrywającego twarz materiału było jednak trochę wyraźniejsze.

- Ze trzydzieści koni, najpóźniej doba temu, na południowy zachód, do gór znaczy, tam gdzie włości Stauffena, niech go demony. Zbrojne były, kilku rannych, jest krew. A jeden trop curuk do miasta popędził. Agent jaki pewnie.

Spadające powoli płatki śniegu pod delikatną pierzyną zaczęły grzebać wszelkie nadzieje Gotfryda na jakiekolwiek dalsze tropienie zbrojnej bandy. Zaklął pod nosem, tropiciel pokiwał tylko głową, łypiąc w niebo.

- Ano. Zapada, chuj z tropem. Demony, psiekrwie, dbają o swoich. Ale mam coś ciekawego - uniósł przed oczy Gotfryda kawałek zakrwawionej tkaniny, po czym widząc brak zrozumienia, kontynuował - Ten wasz, co go szukacie, z Nuln był, kosą dostał po żebrach nie? To musi być jego. Tutaj takich materiałów nikt nie nosi, jak raz widać, że kupieckie, z wielkiego miasta. Jak popatrzeć na ten kawałek bez juchy, to nawet farba się zgadza, a wierzaj mi panie, tu bandyci w pstrokatych ciuchach nie biegają! Musieli go tu opatrzyć.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Götterdämmerung - sesja   

Powrót do góry Go down
 
Götterdämmerung - sesja
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
ale będzie jazda :: RPG :: Götterdämmerung-
Skocz do: